Plany namieszania w czołówce Premier League spełzły na niczym. W obliczu kryzysu włodarze West Hamu United odłożyli ambicje na bok, sięgając po sprawdzonego menedżera. David Moyes po półtorarocznej przerwie znów ma wcielić się w rolę strażaka, bezpiecznie wyprowadzając „The Hammers” z płonącego budynku. Wielce jednak prawdopodobne, że nawet po udanej akcji ratunkowej znów przestanie być potrzebny, obnażając tym samym brak pomysłu działaczy na rozwój zespołu.
Nie jest wielką tajemnicą, że kibicom oraz władzom West Hamu United po nocach śni się powrót do dni chwały. Dni, które pamiętają już tylko leciwi sympatycy „The Hammers”. Włodarze londyńskiego klubu w ostatnich latach postanowili jednak nieoczekiwanie zrealizować senne marzenia. Za wielkimi zapowiedziami rywalizacji o trofea, walki z najlepszymi poszły czyny. Londyński klub kupował graczy za duże sumy i zmienił styl gry na bardziej nowoczesny. Kopanie do przodu i ciągłe wrzucanie piłki w pole karne miało odejść w niebyt. Podobnie jak zatrudnianie menedżerów pokroju Sama Allardyce’a. Przeszłość oddzielono grubą kreską. Do czasu.
David Moyes in, David Moyes out
Piękne deklaracje o ambicji i długofalowym planie budowy zespołu pod okiem nowego menedżera, Slavena Bilicia, świetnie sprzedały się w mediach. „The Hammers” niebawem mieli stać się nową siłą Premier League. Niczego przecież nie brakowało. Pieniędzy, uznanego szkoleniowca z sukcesami na koncie i jakościowych graczy. West Ham United dysponował środkami, by zrealizować ambitne plany. W momencie próby zabrakło tylko jednego – cierpliwości.
Proces budowy zespołu wymaga czasu i konsekwencji. Po drodze zawsze pojawiają się zakręty i okresy, w których zespół spisuje się słabiej. To istna próba dla włodarzy klubu. Dylemat, czy zareagować i zwolnić menedżera czy obdarzyć go dodatkowym kredytem zaufania. Przykład Jürgena Kloppa i Liverpoolu pokazuje, że wspólne pokonanie sztormu tylko cementuje zespół i staje się fundamentem przyszłych sukcesów. Władze „The Hammers” wybrały jednak inne rozwiązanie. Gdy mocniej zaczęło kołysać łodzią, wypchnięto chorwackiego menedżera za burtę. Podobnie jak deklaracje o nowoczesnym stylu gry i wejściu w nową erę.
Zatrudnienie Davida Moyesa sprawiło, że automatycznie powrócono do czasów, które wcześniej przecież oddzielono grubą kreską. Głównie z potrzeby chwili. Liczyło się tu i teraz. Już wtedy można było zauważyć brak pomysłu władz West Hamu United na rozwój zespołu. Praca Slavena Bilicia nie była kontynuowana. Nie, zmieniono wręcz całkowicie kurs. Byłby jeszcze w tym sens, gdyby Szkotowi pozwolono kontynuować pracę. Tak się nie stało – David Moyes utrzymał zespół w Premier League, David Moyes mógł odejść.











