Sezon 2020/2021 to prawdziwy rollercoaster. Finalnych rozstrzygnięć, które już są na horyzoncie, nikt się nie mógł spodziewać. Wiedzieliśmy tylko jedno. Barcelonę czeka rewolucja oznaczona okresem przejściowym. 15 lat europejskiej dominacji „Blaugrany” skończyło się tak, że w nową dekadą jej kibice weszli bez żadnych oczekiwań. Okazało się, że nadzieja zabija. Szaleństwo tego sezonu otworzyło Barcelonie bramę do niebios, choć każdy wie, że ta cały czas bliżej była piekła. Wiedział to Ronald Koeman, lecz mimo to dał się oszukać.
Niespełna tydzień po porażce z Bayernem Monachium 2:8 Barcelona zatrudniła Ronalda Koemana. Już wtedy zapowiadaliśmy, że Holender staje przed wyzwaniem, które wydaje się drogą krzyżową. To było do przewidzenia, jednak mało kto mógł się spodziewać, że nadchodzący sezon będzie aż tak skrajny, lecz mimo wszystko emocjonujący. I od tego należałoby zacząć całą dyskusję na temat przyszłości Ronalda Koemana.
To (nie) tak miało wyglądać
Historia FC Barcelona ma ponad 120 lat, lecz nie bez przyczyny często skraca się ją – w kontekście triumfów – do ostatnich dekad. Zwłaszcza do XXI wieku, w którym to „Duma Katalonii” uznawana jest za najlepszą drużynę na świecie. Złota europejska dekada 2006-2015, którą przedłużyć można o parę lat więcej dominacji na krajowym podwórku. Wszystko zdaje się zamykać klamrą, bo Barcelona jest bliska, aby po raz pierwszy od 2008 roku nie zdobyć mistrzostwa Hiszpanii drugi rok z rzędu. O blamażach na arenie międzynarodowej nie wspominając.
Historia pisać się miała na nowo wraz z przyjściem Ronalda Koemana. Odmieniona, mierzona inną skalą, niekoniecznie tym, co na koniec znajdzie się w gablocie. Holender ostrzegał, że to, czym dysponuje jego sztab, może nie wystarczyć, aby sięgać po puchary. Wystarczyła chwila słabości rywali, aby drużyna Koemana uwierzyła, że niemożliwe nie istnieje. Przeznaczenia oszukać się nie udało, bo ponownie mogliśmy wrócić do słów trenera Barcelony sprzed końca ubiegłego roku. Szkoda tylko, że perspektywa zmieniła nastroje kibiców.
Można być smutnym, że nie udało się wykorzystać chwili zawahania konkurencji, ale nie oszukujmy się. To w dużej mierze był dar od losu. Niewykorzystany dar, który mimo wszystko może spowodować, że Koemana za chwilę w Barcelonie nie będzie. Wróćmy na chwilę pamięcią do 2020 roku i przypomnijmy sobie, jak to wszystko wyglądało.
Ronald Koeman – ożywił serce, zabił rozum
Ronald Koeman latem 2020 roku dostaje wstrząśnięty zespół, który upadał już od kilku lat. Zastał klub, którego problemy sięgnęły apogeum. Klub walczył z samym sobą, walczył z jej argentyńską twarzą. O prawdziwej rewolucji mowy nie było, bo bez pieniądza ani rusz. Barcelona po raz pierwszy od siedmiu lat zakończyła sezon bez żadnego pucharu. Kolejny miał pod tym względem wyglądać tak samo. Z taką różnicą, że wszyscy patrzymy na ręce Koemana. Bez oczekiwań, ale z nadzieją na lepsze jutro. Jutro, a nie dziś.
Zaczęło się pięknie, bo od dwóch wysokich zwycięstw. „Nowa” FC Barcelona rozgromiła Villarreal oraz Celtę Vigo, pokazując, że okres przejściowy wcale nie musi mieć miejsca. Sytuacja szybko się odwróciła, a wszystko wróciło do punktu wyjścia. Barcelona zalicza najgorszy start w sezonie ligowym od 18 lat. Atmosfera wśród kibiców wyglądała wtedy lepiej niż pół roku później, kiedy Barcelona była od włos od wskoczenia na miejsce lidera La Liga. Celem było podium gwarantujące udział w LM oraz spokojny, zauważalny gołym okiem postęp.











