Mecz Barcelony z Sevillą był jednym z ciekawszych bezbramkowych widowisk ostatnich lat. Niedawno pisaliśmy o występie bramkarza i defensywy Andaluzyjczyków. Dziś parę słów o kontrowersjach. O tym, jakiej religii nie lubi Cesc, i o tym, którego ze swoich asystentów nie lubi Iturralde Gonzalez. No i coś o Levante.
Na początku malutki aneks statystyczny do pierwszej części podsumowania, tej dotyczącej Javiego Varasa. O tym, jak wielkiego występu w jego wykonaniu byliśmy w sobotę świadkami, najlepiej świadczą statystyki odwiedzin artykułu angielskiej Wikipedii na jego temat. Dwa dni przed meczem nie przeczytała go żadna osoba, dzień przed spotkaniem zrobiły to 43 osoby. W dniu pojedynku informacji o Varasie szukało już 4900 osób. Wczoraj było ich jeszcze więcej – 6100. Przez pierwsze 21 dni października strona zanotowała niewiele ponad tysiąc wejść. W dwa ostatnie dni było ich jedenaście razy więcej.
Dość o Javim. Ad rem!

W meczu Sevilli z Barceloną bardzo ciekawe było z pewnością zachowanie Freddy’ego Kanoute. Malijczyk, który pojawił się na boisku w drugiej połowie spotkania, był bardzo niezadowolony z faktu, że sędzia podyktował przeciwko jego drużynie rzut karny. Gdy Messi sposobił się do strzału, a reszta zawodników, chcąc nie chcąc, bezsilnie się temu przyglądała, stojąc za linią szesnastu metrów, Kanoute postanowił działać. Jego plan był aż nadto parciany i zakładał wybicie piłki Leosiowi. Sędzia Iturralde Gonzalez pokazał wyraźnie niezadowolonemu zawodnikowi żółty kartonik i wygonił go z pola karnego. Frederic odmaszerował, Messi ustawił piłkę, skupił się i… został wyprowadzony z równowagi przez awanturę. Czujne oko kamery szybko pokazało, o co chodzi. Dzielny Malijczyk dusił Cesca Fabregasa.
Pytanie brzmi: dlaczego?
Fakty są takie: Frederic Kanoute to człowiek generalnie bardzo spokojny, typ faceta, który raczej rozdziela, niż jest rozdzielany. Gracz Sevilli regularnie angażuje się we wszelkiego rodzaju akcje charytatywne na czele z organizowanym przez jego fundację meczem Mistrzowie dla Afryki. Malijczyka wszyscy lubią, w Andaluzji mówi się, że trzeba postawić mu pomnik.
Cesc Fabregas to człowiek o podobnym usposobieniu. Trochę taki chłopczyk. Wiecznie uśmiechnięty i zadowolony z życia. Gdy inni się biją, on tylko obserwuje.
Początkowo wszyscy sądzili chyba, że Cesc po prostu stał w złym miejscu i przeciął drogę burzowej chmurze z Mali. No, może jeszcze za bardzo się uśmiechał. Potem jednak pojawiło się pytanie. Dlaczego Kanoute zaatakował akurat byłego kapitana Arsenalu? Dlaczego chociażby nie zadziornego Javiera Mascherano? Dlaczego nie Villę, który zawsze lubił się troszkę poszarpać z rywalami? Okazuje się, że sprawa jest jeszcze ciekawsza, niż można było początkowo sądzić. A najciekawsze w tym wszystkim są twitterowe oświadczenia obu stron. Pomocnik powiedział, że jego sumienie jest czyste jak woda w strumieniach spływających dolinami Pirenejów (a nawet jeśli tak nie powiedział, to na pewno o tym myślał) i zaręczył, że sprawa jest zamknięta. Tematu drążyć nie chciał również czarnoskóry snajper, który jednak wyraźnie zapewniał, że Cesc go obrażał, prowokował i zaczepiał.











