Start obecnego sezonu Premier League był imponujący. Siedem bramek w meczu Arsenal – Leicester, niespodziewana porażka Chelsea z Burnley, znakomita forma Manchesteru United, pogrom Liverpoolu z Arsenalem, wymienić można jeszcze kilka spotkań. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda idealnie, jednak kiedy przyjrzymy się bliżej wszystkim meczom rozegranym od początku rozgrywek, zobaczymy, że sędziowie aż dziewięciokrotnie karali piłkarzy czerwonymi kartkami. Czasami słusznie, czasami nie, ale sam fakt aż tylu „czerw” jest niepokojący. A mogło być ich jeszcze więcej, gdyby arbitrzy byli bardziej gorliwi.
Najostrzejszy start od dawna
Biorąc pod uwagę dziesięć ostatnich rozegranych sezonów (od 2007/2008), a konkretniej trzy pierwsze kolejki Premier League, można spostrzec, że w tegorocznych rozgrywkach została pokazana największa liczba czerwonych kartek. Przyczyn takiego stanu rzeczy może być kilka. Pierwszą, najbardziej oczywistą jest chęć wygrania meczu, zdobycia trzech punktów do tabeli. Łączy się to z tym, że czasem sytuacja na boisku wymaga od graczy natychmiastowego działania i, jakby nie patrzeć, lepiej dostać czerwoną kartkę, aniżeli dopuścić do straty bramki.
Wyrzucenie z boiska za faul na zawodniku wychodzącym sam na sam z bramkarzem można zatem usprawiedliwić, o ile drużynie uda się potem osiągnąć końcowy sukces. Do wybaczenia jest także czerwona kartka za zatrzymanie ręką piłki, która leci do bramki. Rzut karny to jeszcze nie gol, o czym świetnie przekonał się Luis Suarez podczas ćwierćfinału mistrzostw świata 2010, kiedy ręką wybijał piłkę z linii bramkowej. W konsekwencji otrzymał czerwoną kartkę, a Ghańczycy mieli rzut karny. Nie wykorzystali go i koniec końców przegrali z Urugwajem, który wtedy zajął czwarte miejsce.
Nie można wytłumaczyć jednak tego, co ma miejsce w tym sezonie. Zawodnicy zachowują się momentami tak, jakby kompletnie odcinało im prąd, brutalne zagrania (patrz Miguel Britos w meczu Watford – Brighton lub Gary Cahill w spotkaniu Chelsea – Burnley), uderzenia łokciami (patrz Marko Arnautović w meczu Southampton – West Ham i Kyle Walker w spotkaniu Manchester City – Everton) czy deptanie rywala na oczach sędziego (patrz Jonjo Shelvey w meczu Newcastle – Tottenham). Tęskno do sezonu 2009/2010, kiedy w pierwszych trzech kolejkach Premier League sędziowie nie ukarali żadnego gracza czerwoną kartką. Można? Można! Ale to tylko „wypadek przy pracy”.
W każdym z pozostałych omawianych sezonów w pierwszych trzech kolejkach piłkarze byli wyrzucani z boiska. Prawdziwymi specjalistami od otrzymywania czerwonych kartek byli piłkarze Arsenalu w sezonie 2011/2012. W pierwszej kolejce meczu nie dokończył Gervinho, w drugiej Emmanuel Frimpong, a w trzeciej Carl Jenkinson. Możemy sobie tylko wyobrażać, co czuł wtedy Arsene Wenger, kiedy po trzech kolejkach jego drużyna miała jeden punkt. W dodatku 28.08.2011 roku została upokorzona na Old Trafford, przegrywając 2:8. Równie mało czerwonych kartek było w sezonach 2008/2009 i 2016/2017. Wtedy sędziowie tylko dwukrotnie karali tak piłkarzy, a na liście „szczęśliwych wygranych” znaleźli się Mark Noble i Amdy Faye (08/09), a także Ben Watson oraz Harry Arter (16/17). Przez pierwsze trzy kolejki Premier League ostatnich 11 sezonów sędziowie pokazali aż 50 czerwonych kartek. Daje to średnią 0,45 czerwonej kartki na mecz.














