Miało być nowe otwarcie po mistrzostwach świata, a wykopaliśmy sobie jeszcze większy dołek, w którym zakopaliśmy się chyba na „amen”. Mecz z Albanią pokazał tylko, że nie znaleźliśmy wyjścia z tej dziury, a Albańczycy pogrzebali nas i nasze szanse na wyjście z grupy do mistrzostw Europy. Rzecz jasna, reprezentacja Polski ma jeszcze szansę na zajęcie drugiego miejsca, czy awansowanie poprzez baraże, ale przecież nie o to chodziło. Nie po to zatrudniano Fernando Santosa. Wraz z przyjściem Portugalczyka miał być reset, ciężko prorokować kto teraz będzie selekcjonerem, ale dłużej tak być w tej kadrze nie może. Tu trzeba zacząć działać. Dla kogo może zabraknąć miejsca w kadrze po porządkach, które powinny nadejść?
Zmiana pokoleniowa w reprezentacji to rzecz naturalna i to musi się raz na jakiś czas przytrafić, ale my miotamy się z tym bezustannie. Przeprowadzamy ją, po to, żeby stwierdzić, że jak jest źle, to może jednak wróćmy do „starej gwardii”. Takim podejściem nie wykopiemy się z dna na jakie upadliśmy. Fernando Santos miał mieć jaja, żeby poprowadzić reprezentację Polski w dobrym kierunku. Nie pokazał „cohones”. Zawiódł i wpadł w polską pułapkę.
Reprezentacja Polski – czas pożegnać starą gwardię
Sytuacja przed wrześniowym zgrupowaniem reprezentacji Polski była ciężka, ale wciąż mieliśmy wszystko w swoich rękach. Dwa dobre mecze z Wyspami Owczymi i Albanią mogły poprawić naszą sytuację i wlać wiarę w serca kibiców. Uspokoiłoby to sytuację wokół PZPN i reprezentacji, która po prostu wrze. Umówmy się, wygranie spotkań z Albanią i Wyspami Owczymi powinny być obowiązkiem polskiej kadry. Już nieważne w jakim stylu. Porażka w Tiranie oznacza przegrane eliminacje. Można się łudzić, ale trzeba w tym wszystkim pozostać poważnym.
Fernando Santos próbując poprawić atmosferę wokół kadry postanowił powołać na to bardzo ważne zgrupowanie dwóch weteranów: Kamila Grosickiego i Grzegorza Krychowiaka. Można było odnieść wrażenie, że to zabieg raczej mentalny. Tak, żeby dodać tej kadrze „powera”. Piłkarsko powołanie Grosickiego nie miało prawa się przytrafić, ale dało się zrozumieć Fernando Santosa i jego tok rozumowania. Wyglądało to trochę tak, jakby tonący brzytwy się chwytał. Tylko że to kompletnie nie wypaliło. Grzegorz Krychowiak zaczął oba spotkania od początku i w obu robił to samo co przez ostatnie lata w kadrze, czyli denerwował wszystkich kibiców i był zapalnikiem groźnych akcji.











