W poniedziałek, punktualnie o 21.00, na Camp Nou rozpocznie się być może najważniejsze spotkanie sezonu ligowego w Hiszpanii. Chłopcy Mourinho zawalczą z chłopcami Guardioli o miano najlepszej drużyny w kraju. Kto wygra, zostanie liderem.
W Hiszpanii Gran Derbi rozpoczęło się już dobre kilka tygodni temu, bo, trzeba zaznaczyć, Gran Derbi to nie tylko jeden mecz co pół roku. Wielkie derby rozgrywają się całymi miesiącami na łamach gazet, antenach stacji radiowych i telewizyjnych. Na słowa walczą wszyscy – piłkarze z piłkarzami, trenerzy z trenerami, dziennikarze z całym światem. „Marca” już od ponad miesiąca prowadzi cotygodniowy cykl „Barometr El Clasico”, teraz dodała też genialny podserwis ułatwiający porównanie obu drużyn (koniecznie sprawdźcie!). „As” i „Sport” dawno przestały emocjonować się czymś innym poza Gran Derbi. Każda rozmowa kibiców w Hiszpanii szybko schodzi na tematy poniedziałkowego meczu. Baskowie trzymają kciuki za „Barcę”, kibice Espanyolu już szykują się, by z madridistas zgromadzonymi na Camp Nou gromko śpiewać, że Barcelona jest, posługując się eufemizmem, kobietą lekkich obyczajów. Jose Maria del Nido, sternik Sevilli, w swoim domu będzie z pewnością modlił się, nie zważając na brak logiki, by obie ekipy przegrały, tracąc przy tym najlepszych graczy na długie miesiące.
O tym, że Gran Derbi dawno przestało być zwykłym meczem, świadczy fakt, że nawet premier Hiszpanii Jose Zapatero pokusił się o prognozę wyniku (4:2 dla „Barcy” – szef rządu jest zadeklarowanym cule). Gdyby nie protokół, z pewnością również król Juan Carlos zabawiłby się we wróżbitę, prognozując zapewne gładkie zwycięstwo Realu, któremu kibicuje już z górą pół wieku.

A co na to bezpośredni zainteresowani? Oba obozy unikają mocnych słów. „Wygramy”, „jesteśmy lepsi” – tylko na takie ugładzone zwroty pozwalają sobie piłkarze. Pep Guardiola z charakterystycznym dla siebie taktem i dobrym wychowaniem stara się milczeć, nie podgrzewając i tak wrzącej atmosfery. Mourinho nie milczy, co i rusz wymierza rywalowi kuksańca, ale raczej delikatnie, przyjacielsko można by rzec.
W poniedziałkowy wieczór Barcelona wybiegnie z pewnością w charakterystycznym dla siebie ustawieniu 4-3-3, czy właściwie 4-1-2-3. Na bramce zobaczymy Valdesa, linię pomocy będą tworzyli Dani Alves, Puyol, Pique i ktoś z dwójki: Maxwell – Abidal. Być może Pep zdecyduje się na Francuza, znacznie pewniejszego w obronie, ale mniej skorego do ofensywnych eskapad. Jedyną prawdziwą niewiadomą w składzie „Dumy Katalonii” jest obsada pozycji pivota. Dotychczas pewniakiem był Sergi Busquets, w którego ślepo wpatrzony był Guardiola. Przyjście Mascherano powoli zmienia sytuację, bo Argentyńczyk jest od Hiszpana wyraźnie lepszy. Na razie grają na zmianę, ale logika każe sadzić, że to Javier wybiegnie w pierwszym składzie podczas El Clasico. Niezależnie od tego, kto będzie pivotem, będzie miał przed sobą duet czarodziejów. Xavi i Iniesta odegrają z pewnością kluczową rolę w poniedziałkowym spotkaniu. Z przodu magiczne tridente utworzą Messi, Villa i Pedro. Co prawda „El Guaje” w tym sezonie wyraźnie zawodzi, a Pedrito dopiero niedawno zaczął łapać formę, to jednak ich ofensywny potencjał to siła, której przeciwstawić się niebywale trudno. Na koniec Messi, najlepszy piłkarz globu, człowiek, który, jeśli tylko uniknie w najbliższych latach poważnych kontuzji, będzie wymieniany jednym tchem z Pele, Maradoną, Di Stefano i „Zizou”. Artysta futbolu, wirtuoz, wizjoner pokazujący drogi rozwoju tego sportu strzela ostatnio tyle goli, że pewnie piłka przyklejona do jego nóg śni się po nocach całej formacji defensywnej Realu. Na szczęście żadne kontuzje nie zaprzątają myśli Guardioli – będzie mógł wystawić taką jedenastkę, jaką sobie wymyśli.













