Podsumowanie ostatniej kolejki będzie długie. Jest o czym pisać. W Realu, mimo całkiem przyjemnej dla oka gry, brakowało głupoty Ronaldo. W Barcelonie było dużo Keity, a w Villarrealu niczego nie było.
Kilka dni temu napisałem, że Villarreal się obudził, że wreszcie wraca na właściwy sobie, bardzo wysoki poziom. Myliłem się. Lewantyńczycy śpią sobie w najlepsze i nic nie wskazuje na to, by mieli ze swojego wygodnego łóżka prędko wstać. Nie obudzili się, gdy przyszło do nich słabiutkie Atletico. Madrytczycy przez pierwsze 45 minut badali sytuację, zastanawiając się, czy rywal czasem nie udaje. Gdy sen przyjezdnych okazał się sprawą pewną, zaczęli się nad nimi pastwić. Skalę owego pastwienia dobrze oddaje fakt, że znajdujący się obecnie w formie predysponującej do gry w czwartej lidze hiszpańskiej (albo pierwszej polskiej, co kto woli) Forlan miał duże szanse na skompletowanie hattricka. Po raz kolejny okazało się, że meczu nie można wygrać, mając w składzie trzech graczy, którzy zdają sobie sprawę z tego, gdzie są i co robią. Diego Lopez uratował Villarreal przed pogromem, Borja zapewnił iluzję posiadania piłki, a Rossi dał honorowe trafienie. Santi Cazorla, biorąc przykład z Kaki, skutecznie udawał, że go nie ma. Cani nie musiał udawać – nikt nie wmówi mi, że Aragończyk na murawie przebywał.

A Atletico świętuje, udając, że nie zdaje sobie sprawy z faktu, że końcowy wynik to nie początek nowego, tylko wypadkowa meczu sezonu połowy składu, wirtuozerii Reyesa i wanitatywności defensywy przyjezdnych. O tym, że ta zbieranina ma w sobie duże pokłady geniuszu, wie każdy. Każdy wie też, że z tych pokładów korzysta bardzo rozsądnie, by nie powiedzieć, że prawie wcale. Sposób, w jaki padały gole, jest wymowny. Najpierw był gol Reyesa, potem techniczna wirtuozeria Kuna, a potem doskonała asysta Jose Antonio, która otworzyła drogę do bramki Forlanowi. Wszystko w trzyosobowej rodzinie.
A wspomniane przeze mnie dwa razy trafienie Reyesa wyglądało tak:
Klękajcie narody, murowany kandydat na gola sezonu. Idealne okno. Diego Lopez by tego nie obronił, nawet jakby siedział okrakiem na poprzeczce.
***
Mecz Realu z Racingiem był szczególny. Po raz pierwszy od 39 spotkań na murawie w pierwszym składzie nie wybiegł Ronaldo, który zrobił sobie kuku, strzelając hattricka Maladze. Wszyscy zastanawiali się, jak Madryt poradzi sobie bez portugalskiego cracka. Wynik obserwacji jest zaskakujący.
– Bez sztucznie kreowanego na boiskowego lidera Ronaldo, buławę z plecaka wyjmuje Oezil i rozgrywa mecz sezonu. Mourinho musi wymyślić, jak przekonać swojego rodaka, że to Niemiec powinien dostawać każdą piłkę. Gdyby na murawie przebywał najlepszy strzelec drużyny, Mesut nie miałby możliwości rozegrania doskonałej klepki z Benzemą i Adebayorem. Ronaldo przy pierwszym kontakcie piłkę by zabrał i wbił się z nią w któregoś z obrońców. – Di Maria w roli wolnego elektronu to dobry pomysł. Argentyński chudzielec biegał na obu skrzydłach, rozgrywał, był napastnikiem. Widziano go, jak zamienia się pozycjami z Marcelo, a nawet partneruje Xabiemu w destrukcji. – Brak Ronaldo pozwolił sprawdzić ustawienie z dwoma napastnikami. Ten niby pojedynek wygrał Benzema, chociaż sprawiedliwiej byłoby powiedzieć, że „Manolo” oddał mecz bez walki. Karim usychał pod presją Higuaina, który piłkarsko go wyraźnie przerasta. Pod naciskiem Adebayora rozkwita, bo widzi, że przeciwnik jest w jego zasięgu. Dwa mecze, cztery gole. Oby tak dalej.











