Upadek był bardzo dotkliwy, ale finalnie powrót na miejsce, które temu miastu się zwyczajnie należało, po sześciu latach posuchy jawił się jako wybawienie… W taki sposób pokrótce można by opisać okres lat 2002–2008 w historii WKS-u. Historii, która w swej całej rozpiętości nigdy wcześniej nie przyjęła na wrocławskie karty tak długiej rozłąki z najwyższą klasą rozgrywkową. Pod tym względem kampania 2007/2008 była wyjątkowa, bo zamknęła mniej udany rozdział i uplasowała Śląsk Wrocław na progu drzwi do lepszej rzeczywistości.
Rzeczywistości, która trwa po dziś dzień. Wrocławianie od 18 lat nie zaznali bowiem ponownego smaku degradacji do niższej ligi i wydaje się, że ten stan najprawdopodobniej nie ulegnie zmianie w najbliższym czasie. Klub stoi dzisiaj na pewniejszych fundamentach i choć idealnie nie jest, trudno dzisiaj sobie wyobrazić powtórkę z rozrywki. A mówiąc „powtórka z rozrywki”, chodzi oczywiście o dwa spadki z rzędu kolejno w roku 2002 i 2003, po których Śląsk Wrocław zdołał się jednak otrząsnąć.

Najpierw nastał dla Wrocławia dwuletni okres niebytu na poziomie 3. ligi (tam Śląsk trafił po raz pierwszy, licząc okres od końca II wojny światowej), a później trzy lata przygotowań do ostatecznego skoku z belki 1. ligowej. Za pierwszym podejściem udało się osiągnąć czwartą lokatę w tabeli tuż za Jagiellonią Białystok (wówczas Śląsk miał tyle samo punktów, lecz gorszy bilans bramek), za drugim rozczarowującą dziewiątą, aż wreszcie za trzecim – drugą, uprawniającą do awansu. I właśnie do tego ostatniego podejścia sięgniemy pamięcią. Co ważne, nie w pojedynkę, bo razem z Krzysztofem Ulatowskim oraz Krzysztofem Wołczkiem, których rola w drodze do ówczesnego sukcesu była nieoceniona.
Śląsk Wrocław zagrał sezon rodem z hollywoodzkiej produkcji
Robert Lewandowski jako król strzelców, dominacja drużyn znad morza, aż cztery miejsca premiowane awansem, wycofanie Polonii Warszawa z rozgrywek i afery korupcyjne. Krótko mówiąc, działo się. Wśród tych wszystkich wydarzeń lawirował Śląsk Wrocław, który na ostatniej prostej rozgrywek (dosłownie, bo mowa o kwadransie meczu) omal nie przekreślił swoich szans na powrót do ekstraklasy. Tak jak w kampanii 2005/2006, gdy zabrakło choćby jednej bramki na korzyść ekipy z Wrocławia w bezpośrednich starciach z białostoczanami.
Mieliśmy wtedy naprawdę świetny zespół. Często się tak mówi, ale rzeczywiście byliśmy mocni. Oczekiwania ze strony klubu i kibiców co do awansu były i wiedzieliśmy, o co gramy.Krzysztof Ulatowski (80 występów w barwach Śląska)
W sytuacji mającej miejsce dwa lata później okoliczności były nieco bardziej skomplikowane. Śląsk Wrocław w ostatniej kolejce ligowej przeciwko Warcie Poznań bił się o awans, mając na plecach oddech Piasta Gliwice, Arki Gdynia (ukaranej pięcioma punktami ujemnymi) i Znicza Pruszków. Lechia Gdańsk była już wówczas poza zasięgiem, więc kluby z czołówki miały do czynienia z tzw. grą w gorące krzesła. Finalna runda, trzy wolne miejsca, czterech kandydatów*. WKS musiał wygrać, żeby nie bać się o to, co stanie się za jego plecami.













