Po weekendowej porażce w meczu z Levante wszechwiedzący portugalski trener jasno wskazał winnego. Po ostatnim remisie z Racingiem zrzucić winę na kogokolwiek będzie trudniej.
Skrupulatni jak zawsze hiszpańscy dziennikarze wyliczyli ostatnio, że Jose Mourinho, wskazując Samiego Khedirę jako odpowiedzialnego za porażkę w Walencji, złamał dziesięcioletnią tradycję niezrzucania winy na konkretnego zawodnika. Wcześniej takiego jakże niecnego czynu dopuścił się John Toshack, oskarżając bramkarza Bizarriego o zawalenie meczu z Rayo. Portugalski szarlatan zawsze twierdził, że niezależnie od wszystkiego wygrywają piłkarze, a przegrywa tylko on. Teraz jest inaczej. Teraz wygrywa Mourinho, a przegrywa Khedira.
Dwa kolejne mecze Realu Madryt były pokazem bezradności Portugalczyka, który chyba nawet nie stara się znaleźć powodu tak słabej gry jego podopiecznych. Oezil grał źle – zmieniał go Kaka. Kaka nic nie wniósł do gry – zmieniał go Oezil. I tak w nieskończoność. Za Benzemę „Pipita”, za Di Marię Callejon… wszystko aż nadto przewidywalne i nietrudne do rozpracowania dla każdego, nawet średnio rozgarniętego taktyka. Mourinho, prowadząc samochód „Los Blancos”, natrafił na rosnący na środku drogi dąb i zamiast go objechać, decyduje się na delikatne stukanie w niego przednim zderzakiem. Pierwsze dwa stuknięcia to mecze z Levante i Racingiem. Jeśli „The Special One” nie podejmie jakichś decyzji, to uderzeń będzie więcej. Może warto byłoby postawić na trivote z Xabim Alonso w roli rozgrywającego? Może na doble punta z Higuainem w pierwszym składzie? A może zaryzykować i zagrać trzema obrońcami?
W sobotę wieczorem przekonamy się, czy Mourinho znudziło się walenie zderzakiem w pień drzewa. Tymczasem warto zastanowić się, na kogo zostanie zrzucona wina za ewentualne dalsze niepowodzenia:
– na Samiego Khedirę, jako początek nowej tradycji,
– na Karima Benzemę, bo jest kotem, a z kotem polować niepodobna,
– na Pepa Guardiolę, bo w każdy piątek jedzie do domu sędziego wyznaczonego na rozjemcę meczu Realu i wręcza mu łapówkę,
– na sędziego wyznaczonego na rozjemcę meczu Realu, bo w każdy piątek przyjmuje łapówkę od Pepa Guardioli,
– na Leo Messiego, bo strzela,
– na źle przygotowane boiska całego świata.
Portugalczyk teoretycznie mógłby też wziąć winę na siebie. Teoretycznie.
W czasie, gdy Jose wymyślał kolejne wymówki, Pep Guardiola cieszył się z remisu z Valencią. Rok temu remis byłby porażką, teraz jest zwycięstwem. Podział punktów to dla Katalończyków prezent od losu. Prezent nieco niezasłużony, bo to Lewantyńczycy byli stroną w przekroju całego meczu wyraźnie lepszą. Gdyby Roberto Soldado w kluczowej dla przebiegu spotkania akcji nie zachował się jak beznoga i ślepa wiewiórka, to na Mestalla bylibyśmy świadkami totalnego manifestu mocy Valencii. Unai Emery wygrał taktyczną wojnę z Guardiolą, który – nie wiadomo czy z powodu głupoty, czy irracjonalnej pewności siebie – wystawił w pierwszym składzie trzech obrońców. Wady takiego ustawienia przeciwko trzeciej sile ligi wskazali mu Jordi Alba i Jeremy Mathieu, którzy na swojej stronie boiska z barcelonistami robili, co chcieli, jak chcieli i ile chcieli. Katalończycy mogą pocieszać się tylko niezwykłą wręcz skutecznością duetu Fabregas – Messi.










