Radek Cierzniak to utalentowany, 25-letni bramkarz, który ma za sobą występy w 12 (!!!) klubach w Polsce i za granicą oraz 21 spotkań w młodzieżowych reprezentacjach Polski (U-19, U-21). To absolwent słynnej Szkoły Piłkarskiej w Szamotułach, w której swoje szlify zdobywali m.in. Fabiański i Załuska. To zawodnik, którego kariera przebiega w przedziwny sposób: na początek Ukraina, potem gra w klubach, które borykały się z rozmaitymi problemami (degradacje, tarapaty finansowe). To wreszcie świeżo upieczony kadrowicz Leo Beenhakera. Dla tego młodego i bardzo ułożonego zawodnika samo powołanie to spełnienie marzeń i pełnia szczęścia, na które z pewnością zasłużył. Bo mimo wielu niekoniecznie pozytywnych doświadczeń Radek Cierzniak nie uważa się za pechowca, lecz szczęściarza, który powtarza niczym mantrę, że ciężką pracą, cierpliwością i poświęceniem dojdzie się do obranego celu. Rozmowę z bramkarzem Korony w New Jersey w USA, gdzie do wtorku przebywała cała kielecka ekipa, przeprowadził Tomek Moczerniuk.
Gratulacje dla świeżo upieczonego kadrowicza! Jak zareagowałeś na powołanie do „dorosłej” reprezentacji Polski?
Byłem zupełnie zdziwiony, bo absolutnie się tego nie spodziewałem. Przecież nie tak dawno temu grałem w Ekstraklasie, ale powołania nie przychodziły. A teraz, kiedy gram w I lidze, przyszło… Ale wiadomo, że moje marzenia zawsze sięgały w kierunku reprezentacji, więc bardzo się z tego faktu cieszę. Takie powołanie to nagroda za ciężką pracę i dowód na to, że warto poświęcić życie piłce i sportowym marzeniom.
Listopad w USA, w grudniu Turcja. Prawdziwy z Ciebie obieżyświat? Ale to jest chyba Ci pisane, skoro grałeś już w 12 klubach?
Nie wiedziałem, że było ich aż tyle. W przeciągu całej swojej kariery ufałem trenerom, a ci robili wszystko, żeby zapewnić mi odpowiedni rozwój. Jeśli oznaczało to odejście do innego klubu, to akceptowałem to bez szemrania. Z Szamotuł zresztą zawsze w pierwszym rzędzie odchodzą bramkarze, ale tylko po to, aby grać i dalej się rozwijać. Nie sztuką jest siedzieć na ławce, trzeba zawsze szukać możliwości rozwoju.
Twoja kariera jest bardzo interesująca. Podczas gdy piłkarze wyjeżdżają za granicę raczej pod koniec kariery, Ty wylądowałeś na Ukrainie jako nastolatek. Jak wspominasz Wołyń Łuck i Karpaty Lwów, gdzie byłeś zmiennikiem Macieja Nalepy?
Wyjechałem w bardzo młodym wieku i był to dla mnie bardzo ciężki okres. W Łucku nie znałem nikogo, Gancarczyk i Nowak przyjechali później, więc po miesiącu zmieniłem otoczenie. Ale i we Lwowie warunki były trudne: obskurne hotele, fatalna infrastruktura – czarna rzeczywistość, po której do dziś pozostała mi rysa. Ale nie uważam tego za stracony czas. Każdy miesiąc, każdy dzień przyczynił się do tego, gdzie jestem dzisiaj. Z każdego niepowodzenia staram się czerpać wnioski.
Nalepa? Uczyłem się od niego, ale nie nadawaliśmy na tych samych falach. Pamiętam, jak przyjeżdżał do nas trener Młynarczyk. Najpierw na obserwacje, a potem z powołaniami do kadry Bońka. Być może moja obecność we Lwowie wpłynęła na postawę Maćka mobilizująco?










