Ślepe zaufanie i poparcie Owena Coyle’a doprowadziły klub nad przepaść. A ta jest głęboka i kończy się śmiertelnym upadkiem. Jak długo kibice będą musieli tolerować głupkowaty uśmiech menedżera? Jakby same wyniki nie były odpowiednim powodem do wstydu.
Angielska piłka ma kilka drużyn, które co roku maskują wolę walki o Ligę Europy, zapowiadają bałaganić szyki topowych klubów, ale jakby z pewną taką nieśmiałością dają sobie czas do następnego sezonu, by ślepą grę zacząć od początku. Są to ekipy zbyt mocne, by dostarczać punkty na prawo i lewo, ale ciągle miękną im kolana na widok znanych marek. Głównie mam na myśli takie nazwy, jak: Bolton, Everton, Blackburn, Tottenham, czyli odwieczny skład angielskiej ekstraklasy. Oczywiście, od czasu do czasu rzeczywistość płata figla i taka drużyna przeczy mojej tezie – na przykład West Ham, Newcastle, a w drugą stronę – „Koguty”.

Klub z północno-zachodniej części Anglii był taką właśnie drużyną, która jak małe dziecko wdrapujące się, by wyjrzeć za płot, od czasu do czasu podskakiwała poważniejszym klubom, ale generalnie znała swoje miejsce w szyku. W Premiership występuje nieprzerwanie od dziesięciu lat. Od tego czasu zaskakuje i zawodzi, średnia pozycja z tej dekady to miejsce 12. Dwukrotnie „Kłusaki” grały w Pucharze UEFA. Typowy angielski średniak, który jednak dość mocno zakorzeniony jest w tej najnowszej historii angielskiej ekstraklasy. Przez cały ten czas tylko trio menedżerów prowadziło piłkarzy z Reebok Stadium – cała trójka w ostatnich czterech latach.
Owen Coyle przyszedł tydzień po Nowym Roku tamtego sezonu. Przejął zespół po Garym Megsonie, który sprowadził zespół do otchłani ligowej tabeli. Poszło także o kasę. Zdeterminowane władze sięgnęły po Coyle’a, który bardzo fajnie zaprezentował się z Burnley, wprowadzając je do ekstraklasy i stawiając niełatwe warunki o wiele silniejszym rywalom. Dodatkowy smaczek tkwił w przeszłości menedżera, który przez dwa lata aktywnej kariery strzelał bramki dla „Kłusaków”. Zespół z północno-zachodniej Anglii zakończył sezon na pozycji numer 14. Cudowna broń w postaci trenera zadziałała. Jednak następny sezon powinien zaniepokoić kibiców, bo drużyna zakończyła go w mało powalającym stylu. Wyrok – miejsce 14., poniżej beniaminków z Newcastle i West Bromwich.
Dochodzimy do sedna, czyli obecnych rozgrywek, które w wykonaniu Boltonu są żenujące. Klub przegrywa spotkania seryjnie, dostając w siedmiu początkowych meczach dwa razy po piątce. Zwycięstwa zalicza z QPR i Wigan, co jest wręcz konieczne dla drużyny z taką marką i takimi twarzami. Zresztą mecze z pełną pulą możemy łatwo wyliczyć – potem były Stoke, Blackburn, Everton i Liverpool, ot całe 26 spotkań. Tak, jedyna nauka, jaka z tego płynie, to kompletna dominacja w mieście Beatlesów. A propos Evertonu. Od kilku lat paka Moyesa przeżywa fatalne początki sezonu – teraz jest już w pierwszej połówce.










