12. kolejka La Liga zapewni nam sporo futbolowych wrażeń. Nadzwyczaj interesująco powinno być na stadionie Levante, gdzie przyjdzie Valencia. Barcelona pojedzie do Bilbao, by na najgorętszym terenie w Hiszpanii podtrzymać dobrą passę meczów bez straty bramki, a Real postara się rozgromić Osasunę.
Real Madryt – Osasuna Pampeluna
To będzie dziwny mecz. Dziwny dlatego, że rozgrywany w samo południe. Jeszcze nigdy Santiago Bernabeu nie gościło piłkarzy o tej porze. Hiszpanie, naród przyzwyczajony do traktowania futbolu jak religii, generalnie uznaje tylko spotkania w sobotnie i niedzielne wieczory. Wszystko inne jest świętokradztwem. No ale cóż zrobić, gdy Azja dopomina się o mecze o znośnych porach, nie ma siły – trzeba grać. Dalekowschodni rynek kryje zbyt wielkie góry pieniędzy, by go ignorować.

Nowy lider Primera Division podejmie na własnym boisku drużynę, która tydzień temu poprzedniego lidera strąciła z pierwszego miejsca. „Królewscy” nie muszą się jednak za bardzo obawiać Osasuny, ponieważ klub z Nawarry rozgrywać ponadprzeciętne mecze zdolny jest tylko na swoim stadionie. Na wyjazdach jest niegroźny.
Jose Mourinho ciągle ma problem z linią obrony. Do gry niezdolni są podstawowi defensorzy Ricardo Carvalho i Marcelo, a Alvaro Arbeloa i Fabio Coentrao dopiero dziś wznowili normalne treningi. Prawdopodobnie w niedzielę przed Ikerem Casillasem zagrają więc Fabio, Alvaro, Sergio Ramos i Pepe. Z urazem ciągle walczy Kaka. Kibiców Realu prawdopodobnie ucieszy informacja, że szansę na debiut powinien dostać wreszcie Nuri Sahin, z którym przed sezonem wiązano wielkie nadzieje. Wewnętrzne mecze z drużyną rezerw pokazały, że Turek ma potencjał, by odmienić oblicze już teraz mocarnej drugiej linii „Los Blancos”.
W drużynie gości dwa spore osłabienia – na Bernabeu nie zagrają Marc Bertan i Sergio, a występ dobrze spisującego się w tym sezonie Jukki Raitali stoi pod dużym znakiem zapytania. Jose Mendilibar stoi przed dylematem: czy ustawić drużynę totalnie defensywnie i patrzeć, jak gospodarze uskuteczniają półtoragodzinne oblężenie, czy może postawić na otwartą grę i co kilka minut drżeć, czy „Los Merengues” nie wyprowadzą akurat zabójczej kontry.
Faworyt jest jeden, szanse na sensację są zerowe. Szanse na pogrom – duże.
Athletic Bilbao – FC Barcelona
Mecz dwóch z trzech największych hiszpańskich drużyn z pewnością dostarczy widzom wielu emocji. Na San Mames powinno być gorąco, nawet biorąc pod uwagę tradycyjną przyjaźń łączącą Baskonię z Katalonią. Przypomnijmy, że to właśnie Bilbao jest jedynym miejscem, gdzie Andres Iniesta nie zebrał owacji za pamiętnego gola w finale mistrzostw świata. W Bilbao pochodzący z La Manchy pomocnik usłyszał ogłuszające gwizdy. Teraz, gdy na „La Catedral” zawitał szalony Marcelo Bielsa, też na pewno będzie ciekawie. Jedenastopunktowa przewaga Katalończyków nieco wypacza obraz, faworytem jest Barcelona, ale nie jakimś wielkim faworytem. Faworytkiem. Faworyteczkiem.













