Są trenerzy, którzy mają szczęście. Wygrywają ważne mecze, więc są pozytywnie postrzegani przez media, bez względu na to, czy ich osiągnięcia wynikają z dobrej gry czy ze zwykłego, jakże popularnego farta. Są też tacy, którzy swój sukces osiągają ciężką pracą, tworzą atmosferę i powoli podnoszą poziom piłkarski swoich podopiecznych. Tak właśnie jest w przypadku Adama Nawałki, szkoleniowca niepokonanego jak do tej pory Górnika Zabrze.
Jeśli ktoś uważa, że Nawałka miał łatwo, to się myli. Trener z doświadczeniem, lecz bez sukcesów, pracujący wcześniej co prawda w Wiśle Kraków, ale wyłącznie w roli strażaka. Kiedy miał trochę więcej czasu na budowę drużyny, jak w Jagiellonii Białystok czy Zagłębiu Lubin, to szybko się okazywało, że fundamenty postawione przez Nawałkę trzeba jak najszybciej zburzyć. Nie wiadomo, czy niezwykle popularny w Polsce proces burzenia tego, co dopiero zaczęto budować, był dobrym rozwiązaniem, bo po prostu nie wiemy, co by się działo, gdyby Nawałka został. Wiemy jednak, że w Zabrzu zamiast szybko burzyć fundamenty, poczekano na to, co na nich powstanie. Okazało się, że powstała silna drużyna, z dobrymi zawodnikami, funkcjonująca w świetnej atmosferze i w rozsądnych realiach finansowych. Dosłownie czarna magia.

W momencie przejęcia drużyny przez Nawałkę Górnik grał w I lidze i wcale nie był pewny awansu do ekstraklasy. Krakowianin postawił na ciężką pracę i w efekcie… zabrzan uratowało szczęście. Gdyby Sandecja Nowy Sącz nie miała nieoczekiwanych spadków formy, to zabrzanie może dalej gniliby na zapleczu ekstraklasy. Czternastokrotny mistrz Polski ostatecznie wywalczył awans i… zaczęto mówić o zmianie trenera.
Do zmiany na stołku na szczęście nie doszło. Nawałka poznał już swoich piłkarzy, wiedział dokładnie, jakim budulcem dysponuje i jakiego materiału mu jeszcze potrzeba. Dokonał niewielkich korekt, bo podstawą sukcesu jest wyciągnięcie tego co najlepsze w piłkarzach, którymi się dysponuje. Gołym okiem było widać rozkwit talentu Grzegorza Bonina, nie dało się też nie zauważyć postępów Mariusza Magiery, błyszczeli też wyczarowany ze Słowacji Robert Jeż i odzyskany dla Polski Daniel Sikorski. Górnik już nie potrzebował szczęścia, by wygrywać. Później Nawałka odkrył na nowo „Prezesa” Nakoulmę, który w jednym sezonie oczarował publiczność zwrotami typu „będę go zjadł” oraz fantastyczną postawą na boisku. W zeszłym sezonie mówiono, że to właśnie w reprezentancie Burkina Faso należy się dopatrywać głównego architekta silnej konstrukcji zabrzańskiego zespołu, jednak bieżące rozgrywki zupełnie tej tezie zaprzeczają.
Górnik jest obecnie zespołem poukładanym. Każdy wie, co ma robić, jak się zachować w danej sytuacji, i wykonuje to dobrze, bo trener ustala skład według predyspozycji piłkarzy, nie trzyma się na siłę jednego schematu. Nawałka nie boi się zdjąć w ważnym momencie swojego asa z Afryki i wprowadzić na przykład takiego Oziębałę. Efekt – bramka Oziębały w spotkaniu z Legią. Nawałka nie obawiał się, że Arkadiusz Milik nie udźwignie ciężaru gry w pierwszym zespole w tak młodym wieku. Efekt – Milik jest na ustach całej Polski. Niedzielny mecz ze Śląskiem jest kolejnym dowodem, że dobre wyniki zespołu z ulicy Roosevelta nie są dziełem przypadku. Mimo szybkiej utraty bramki zabrzanie zdołali się podnieść i roznieść mistrzów Polski w stosunku 4:1. Bohaterem tego spotkania był Prejuce Nakoulma, ale pod koniec meczu błysnęło kolejne odkrycie trenera z Krakowa. Mowa o Konradzie Nowaku, który popisał się piękną bramką. Nawałka nie bał się dać mu szansy, a ten odwdzięczył się dobrą grą.











