Był zawodnikiem młodzieżówek i rezerw Chelsea. Po zakończeniu kariery zdecydował się podjąć pracę w akademii londyńskiego klubu, z którą jako trener związany jest osiem lat. Koordynuje „Developing Center”, a także trenuje ośmio- i dwunastolatków. Sam Hurrel, bo o nim mowa, znalazł dla nas chwilę w czasie Lech Conference 2015.
Jak ważne w Twojej pracy jest dobro reprezentacji narodowej?
Staramy się brać je pod uwagę. Chelsea jest najczęściej reprezentowanym na młodzieżowej arenie międzynarodowej klubem w Anglii. Dopiero co pięciu z naszych zawodników U-21 walczyło w barwach „Trzech Lwów” o kwalifikacje do mistrzostw Europy w Polsce (odbędą się one w 2017 roku. Anglia niepokonana prowadzi w grupie 9 z 10 punktami w czterech meczach – przyp. red.).
Władze akademii określają jakieś cele co do tych reprezentantów?
Nie, nic z tych rzeczy. Mamy po prostu nadzieję, że wykształcimy najlepszych piłkarzy i wtedy Anglia ich wezwie. Niejako będzie wtedy zmuszona, prawda? Ściśle współpracujemy z FA. Ich trenerzy przyjeżdżają z nami trenować, obserwować, jak my pracujemy, a my następnie ich odwiedzamy. Mamy dobre relacje ze związkiem.
A gdybyś miał wybrać między Anglikiem a obcokrajowcem o podobnym potencjale?

Skupiamy się przede wszystkim na wychowankach, tych spełniających wymogi FA odnośnie piłkarzy o statusie tzw. homegrown. Jeśli w akademii gra już jakiś zawodnik na danej pozycji, nie szuka się zastępowania go innym o podobnym potencjale.
Przed rokiem FA rękoma 10-osobowego komitetu stworzyła raport, który miał zdiagnozować i zaproponować rozwiązanie problemów angielskiej piłki. Jak przyjęliście go w klubie?
Ponieważ FA nie rządzi ligą, to ewentualny raport Premier League miałby wpływ na kluby angielskiej ekstraklasy. Współpracujemy ze związkiem, ponieważ chcemy mieć z nim dobre relacje. Ale to, co FA publikuje, nie oznacza, że Chelsea zaraz za tym podąży. Mamy swoją filozofię. Myślę nawet, że nasz model wyprzedza to, co zaproponował komitet.
Po publikacji raportu wielu krytyków mówił













