Kiedy w 2011 roku NBA ogłaszała lockout i rozgrywki zostały zawieszone, trudno było się spodziewać, żeby podobny scenariusz mógł kiedykolwiek spotkać rozgrywki europejskie. Ten rok zdaje się jednak przeczyć tej opinii, a zawody w Hiszpanii od lutego przypominały tykającą bombę, której wybuch był możliwy, ale nie wszyscy w niego wierzyli. I tak, wczoraj stało się. Ładunek eksplodował, a Europę obiegły wieści – LA LIGA ZAWIESZONA OD 16 MAJA.
Piłkarze Barcelony musieli mieć wczoraj ambiwalentne uczucia. Z jednej strony zdecydowane zwycięstwo w półfinale Ligi Mistrzów z Bayernem i otwarcie sobie autostrady do Berlina, a z drugiej niepewność – związana z rozgrywkami La Liga i tym, czy w ogóle się odbędą. Trudno o tym pisać, ale światło dzienne ujrzała deklaracja Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej (z hiszp. RFEF), która oficjalnie zawiesiła rozgrywki w Hiszpanii od 16 maja na czas nieokreślony. Przerwa ta obejmować ma dwie ostatnie kolejki La Ligi i finał Copa Del Rey, a pod znakiem zapytania stoją takie spotkania jak m.in. Atletico z Barceloną czy Espanyolu z Realem.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że jeżeli rozgrywki w Hiszpanii nie zostaną wznowione, może być problem ze znalezieniem terminów niekolidujących z oficjalnymi dniami meczowymi FIFA. Pamiętać należy, że w połowie czerwca rozpoczyna się w Chile Copa America, a w Europie rozgrywane będą eliminacje do Mistrzostw Europy. Nie wydaje się, aby światowa federacja mogła być elastyczna co do terminów, nie mówiąc już o CONMEBOL-u, gdzie jakakolwiek ingerencja w międzynarodowe terminy nie wchodzi w grę. Oprócz tego zwróćmy jeszcze uwagę na to, że pomiędzy finałem Ligi Mistrzów a rozpoczęciem mistrzostw Ameryki Południowej jest tylko 5 dni. Tak więc gdzie tutaj czas, aby rozegrać zaległe kolejki Primera Division?
Wróćmy jednak do sprawy. O co właściwie chodzi? Pod względem podmiotowym można rozdzielić dwie strony konfliktu. Po jednej stoi związek piłkarzy i hiszpańska federacja, natomiast z drugiej mamy do czynienia z LFP, czyli podmiotem zarządzającym hiszpańską ligą, a także rządem. Cały konflikt tyczy się dekretu wprowadzonego przez hiszpański rząd, którego głównym założeniem jest centralizacja praw telewizyjnych. Ogólnie słuszna sprawa. Nie od dziś wiadomo o niesprawiedliwym podziale zysków z tytułu transmisji ze spotkań hiszpańskiej ligi, który wynikał ze sprzedaży praw do spotkań przez kluby czyniące to osobno. Czyli Real mógł sprzedawać transmisje na swoje spotkania, Barcelona na swoje itd. Wywoływało to oczywiście wielkie dysproporcje w zyskach, gdyż telewizje siłą rzeczy wykupywały prawa do spotkań Realu i Barcelony, rezygnując z mniejszych klubów, które nie zarabiały w ten sposób pieniędzy.
Dochodziło więc do chorej sytuacji, w której „Królewscy” i „Duma Katalonii” mogły liczyć na 140 mln euro przychodów z tytułu transmisji w ciągu jednego sezonu, a taka Almeria uzyskiwała blisko dziesięciokrotnie mniejszy dochód. Akt prawny, wprowadzony przez hiszpański rząd, miał zakończyć ten stan rzeczy i wyrównać szanse w całej lidze.
W myśl nowych przepisów zespoły miały otrzymywać sumę pieniędzy określaną na podstawie średniej wyników z zeszłego sezonu, pięciu ostatnich rozgrywek i „społecznego znaczenia” danej drużyny, czyli na podstawie liczby kibiców, reprezentatywności danego klubu, znajomości marki itd. Brzmi uczciwie, prawda? Jednak nie do końca tak jest.
Ten akt legislacyjny wprowadzał również kilka zmian w statutach federacji i LFP, z których największym było niewątpliwie przekazanie części kompetencji, które do tej pory były domeną związku, na rzecz LFP. Co więcej, Angel Villar, prezes RFEF, uznaje, że nowe prawo zabierze związkowi możliwość zarządzania pieniędzmi, co w konsekwencji spowoduje, że będą one wydawane na cele nie do końca związane z piłką nożną.
Angel Villar
I tutaj trudno nie zgodzić się z Villarem. Nowa ustawa przewiduje bowiem, że 1% zysków generowanych przez LFP dzięki transmisjom telewizyjnym ma być przeznaczany na sportowców reprezentujących inne dyscypliny. Gdzie tu logika? Co więcej, dla porównania związek piłkarzy (czyli sami piłkarze) mieli otrzymać zaledwie 0,5%, a wg niektórych źródeł nawet nic!
Dla porównania brytyjski odpowiednik takiego porozumienia zapewnia piłkarzom ponad 1,5% udziału w rozdziale dochodów, a ich prawa są w tym dokumencie zagwarantowane. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ pominąłem fakt, że zawodnicy nie będą mieli żadnych gwarancji swoich praw w tymże dokumencie, a ich finanse mają zostać poddane bardziej surowej kontroli.
Nic więc dziwnego, że piłkarzom puszczają nerwy, ponieważ wcześniej wszyscy trzymali się od ich pieniędzy z daleka. Rząd niedawno zapowiadał, że fortuny milionerów znajdą się pod lupą i nie ominie to także piłkarzy. Już od dłuższego czasu jesteśmy świadkami prawdziwego prześwietlania bogatych piłkarzy, czego efektem była chociażby walka w sądzie z udziałem Leo Messiego, który hiszpańskiemu fiskusowi był podobno winien bagatela 4 mln dolarów.
W takim działaniu nie ma oczywiście nic złego. Transparentność jest jednym z filarów praworządnego kraju. Problem zaczyna pojawiać się w momencie, gdy państwo zaczyna się za bardzo interesować i wchodzi przez frontowe drzwi w życie piłkarzy. W lutym mieliśmy już pierwszą odpowiedź ze strony federacji, która sprzeciwiała się tego rodzaju interwencjonizmowi państwowemu i wysyłała odpowiednie skargi zarówno do FIFA, jak i do UEFA. Tym razem mamy do czynienia z drugim ostrzeżeniem, o wiele poważniejszym.
Piłkarze również nie ukrywają swojego żalu. Lionel Messi mówił po wczorajszym spotkaniu o tym, że miał okazję rozmawiać z przedstawicielami związku piłkarzy i zapewnił ich o swoim pełnym poparciu dla całej sprawy. Wtórował mu Xabi Alonso, mówiąc, że – Jest kilka dobrych rzeczy w tym dokumencie, jednak nie ma wątpliwości, że w ostateczności jest on zły dla piłkarzy. Dlatego wspomagam AFE. Nie jest to najgorsze porozumienie, ale powinno być lepsze.
Decyzja o zawieszeniu rozgrywek nie została oczywiście bez odpowiedzi ze strony rządu, który wydał komunikat w tej sprawie, w którym uznaje groźby ze strony Villara za kolejny odcinek wojny, którą prowadzi federacja niechcąca poddać się audytowi i lepszej kontroli pieniędzy przepływających przez instytucję. Głównym argumentem są tutaj podobno wyniki audytu, który Ministerstwo Edukacji, Kultury i Sportu zleciło w hiszpańskim związku, wykazującego kilkanaście nadużyć i niedociągnięć o charakterze finansowym. Można więc uznać, że każdy ma tutaj coś na sumieniu.
Jednym może się wydawać, że jest to walka o interesy piłkarzy i ich niezależność. Inni sądzą, że to najzwyczajniej w świecie wojna o wpływy między Villarem a Ministerstwem reprezentowanym przez Jose Ignacio Werta. Sytuacja jest trudna do oceny, a o opinię w tej sprawie poprosiłem Patryka Prokulskiego, współpracownika „Ole Magazynu”, który zajmował się tą kwestią w lutym.
Jose Ignacio Wert
– Odnoszę wrażenie, że w bieżącym konflikcie równie dużo jest walki o ochronę praw graczy i federacji, co prywatnych animozji i chęci utrzymania wpływów. Po raz kolejny w hiszpańskim futbolu w samym centrum burzy po jednej stronie barykady znajduje się Miguel Anguel Villar, a po drugiej koalicja Miguela Cardenala i Javiera Tebasa. Podobnie rzecz miała się po tragicznych w skutkach zamieszkach przed meczem Atletico Madryt z Deportivo La Coruna, w których zginął kibic. Villar nie skorzystał wtedy z zaproszenia Cardenala i nie zjawił się na spotkaniu najważniejszych osobistości świata sportu i polityki w Hiszpanii, które razem chciały rozwiązać problem przemocy wśród kibiców. Nie wsparł wtedy także działań kierowanej przez Tebasa LFP, działającej w tym samym celu. Dlatego też obecny spór to w dużej mierze prywatna potyczka i dążenie do utrzymania jak największej władzy w rękach RFEF. Jednocześnie Villar ogłasza strajk, ignorując fakt, że to LFP zajmuje się organizacją rozgrywek, wątpliwe są więc jego podstawy prawne.
Z drugiej strony, brak zabezpieczenia praw piłkarzy jest dla nich jawnie krzywdzący, nie dziwi więc zaangażowanie stowarzyszenia zawodników w całą sprawę. Pamiętajmy, że groźby prezesa Espanyolu, Joana Colleta, wystosowane w lutym odniosły skutek. Collet zapowiadał strajk, jeżeli kwestia zmiany zasad sprzedaży praw telewizyjnych nie ulegnie zmianie. Minęły dwa miesiące, a sprawa została uregulowana. Jak widać, kluby wywalczyły swoje, teraz czas na piłkarzy.
Pozostaje nam mieć nadzieję, że piłkarze i działacze pójdą po rozum do głowy i znajdą kompromis. W końcu na braku rozwiązania tracą wszyscy, począwszy od kibiców, poprzez media, sponsorów, działaczy i piłkarzy, a kończąc na samym wizerunku całego kraju.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Kiedy w 2011 roku NBA ogłaszała lockout i rozgrywki zostały zawieszone, trudno było się spodziewać, żeby podobny scenariusz mógł kiedykolwiek spotkać rozgrywki europejskie. Ten rok zdaje się jednak przeczyć tej opinii, a zawody w Hiszpanii od lutego przypominały tykającą bombę, której wybuch był możliwy, ale nie wszyscy w niego wierzyli. I tak, wczoraj stało się. Ładunek eksplodował, a Europę obiegły wieści – LA LIGA ZAWIESZONA OD 16 MAJA.
Piłkarze Barcelony musieli mieć wczoraj ambiwalentne uczucia. Z jednej strony zdecydowane zwycięstwo w półfinale Ligi Mistrzów z Bayernem i otwarcie sobie autostrady do Berlina, a z drugiej niepewność – związana z rozgrywkami La Liga i tym, czy w ogóle się odbędą. Trudno o tym pisać, ale światło dzienne ujrzała deklaracja Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej (z hiszp. RFEF), która oficjalnie zawiesiła rozgrywki w Hiszpanii od 16 maja na czas nieokreślony. Przerwa ta obejmować ma dwie ostatnie kolejki La Ligi i finał Copa Del Rey, a pod znakiem zapytania stoją takie spotkania jak m.in. Atletico z Barceloną czy Espanyolu z Realem.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że jeżeli rozgrywki w Hiszpanii nie zostaną wznowione, może być problem ze znalezieniem terminów niekolidujących z oficjalnymi dniami meczowymi FIFA. Pamiętać należy, że w połowie czerwca rozpoczyna się w Chile Copa America, a w Europie rozgrywane będą eliminacje do Mistrzostw Europy. Nie wydaje się, aby światowa federacja mogła być elastyczna co do terminów, nie mówiąc już o CONMEBOL-u, gdzie jakakolwiek ingerencja w międzynarodowe terminy nie wchodzi w grę. Oprócz tego zwróćmy jeszcze uwagę na to, że pomiędzy finałem Ligi Mistrzów a rozpoczęciem mistrzostw Ameryki Południowej jest tylko 5 dni. Tak więc gdzie tutaj czas, aby rozegrać zaległe kolejki Primera Division?
Wróćmy jednak do sprawy. O co właściwie chodzi? Pod względem podmiotowym można rozdzielić dwie strony konfliktu. Po jednej stoi związek piłkarzy i hiszpańska federacja, natomiast z drugiej mamy do czynienia z LFP, czyli podmiotem zarządzającym hiszpańską ligą, a także rządem. Cały konflikt tyczy się dekretu wprowadzonego przez hiszpański rząd, którego głównym założeniem jest centralizacja praw telewizyjnych. Ogólnie słuszna sprawa. Nie od dziś wiadomo o niesprawiedliwym podziale zysków z tytułu transmisji ze spotkań hiszpańskiej ligi, który wynikał ze sprzedaży praw do spotkań przez kluby czyniące to osobno. Czyli Real mógł sprzedawać transmisje na swoje spotkania, Barcelona na swoje itd. Wywoływało to oczywiście wielkie dysproporcje w zyskach, gdyż telewizje siłą rzeczy wykupywały prawa do spotkań Realu i Barcelony, rezygnując z mniejszych klubów, które nie zarabiały w ten sposób pieniędzy.
Dochodziło więc do chorej sytuacji, w której „Królewscy” i „Duma Katalonii” mogły liczyć na 140 mln euro przychodów z tytułu transmisji w ciągu jednego sezonu, a taka Almeria uzyskiwała blisko dziesięciokrotnie mniejszy dochód. Akt prawny, wprowadzony przez hiszpański rząd, miał zakończyć ten stan rzeczy i wyrównać szanse w całej lidze.
W myśl nowych przepisów zespoły miały otrzymywać sumę pieniędzy określaną na podstawie średniej wyników z zeszłego sezonu, pięciu ostatnich rozgrywek i „społecznego znaczenia” danej drużyny, czyli na podstawie liczby kibiców, reprezentatywności danego klubu, znajomości marki itd. Brzmi uczciwie, prawda? Jednak nie do końca tak jest.
Ten akt legislacyjny wprowadzał również kilka zmian w statutach federacji i LFP, z których największym było niewątpliwie przekazanie części kompetencji, które do tej pory były domeną związku, na rzecz LFP. Co więcej, Angel Villar, prezes RFEF, uznaje, że nowe prawo zabierze związkowi możliwość zarządzania pieniędzmi, co w konsekwencji spowoduje, że będą one wydawane na cele nie do końca związane z piłką nożną.
Angel Villar
I tutaj trudno nie zgodzić się z Villarem. Nowa ustawa przewiduje bowiem, że 1% zysków generowanych przez LFP dzięki transmisjom telewizyjnym ma być przeznaczany na sportowców reprezentujących inne dyscypliny. Gdzie tu logika? Co więcej, dla porównania związek piłkarzy (czyli sami piłkarze) mieli otrzymać zaledwie 0,5%, a wg niektórych źródeł nawet nic!
Dla porównania brytyjski odpowiednik takiego porozumienia zapewnia piłkarzom ponad 1,5% udziału w rozdziale dochodów, a ich prawa są w tym dokumencie zagwarantowane. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ pominąłem fakt, że zawodnicy nie będą mieli żadnych gwarancji swoich praw w tymże dokumencie, a ich finanse mają zostać poddane bardziej surowej kontroli.
Nic więc dziwnego, że piłkarzom puszczają nerwy, ponieważ wcześniej wszyscy trzymali się od ich pieniędzy z daleka. Rząd niedawno zapowiadał, że fortuny milionerów znajdą się pod lupą i nie ominie to także piłkarzy. Już od dłuższego czasu jesteśmy świadkami prawdziwego prześwietlania bogatych piłkarzy, czego efektem była chociażby walka w sądzie z udziałem Leo Messiego, który hiszpańskiemu fiskusowi był podobno winien bagatela 4 mln dolarów.
W takim działaniu nie ma oczywiście nic złego. Transparentność jest jednym z filarów praworządnego kraju. Problem zaczyna pojawiać się w momencie, gdy państwo zaczyna się za bardzo interesować i wchodzi przez frontowe drzwi w życie piłkarzy. W lutym mieliśmy już pierwszą odpowiedź ze strony federacji, która sprzeciwiała się tego rodzaju interwencjonizmowi państwowemu i wysyłała odpowiednie skargi zarówno do FIFA, jak i do UEFA. Tym razem mamy do czynienia z drugim ostrzeżeniem, o wiele poważniejszym.
Piłkarze również nie ukrywają swojego żalu. Lionel Messi mówił po wczorajszym spotkaniu o tym, że miał okazję rozmawiać z przedstawicielami związku piłkarzy i zapewnił ich o swoim pełnym poparciu dla całej sprawy. Wtórował mu Xabi Alonso, mówiąc, że – Jest kilka dobrych rzeczy w tym dokumencie, jednak nie ma wątpliwości, że w ostateczności jest on zły dla piłkarzy. Dlatego wspomagam AFE. Nie jest to najgorsze porozumienie, ale powinno być lepsze.
Decyzja o zawieszeniu rozgrywek nie została oczywiście bez odpowiedzi ze strony rządu, który wydał komunikat w tej sprawie, w którym uznaje groźby ze strony Villara za kolejny odcinek wojny, którą prowadzi federacja niechcąca poddać się audytowi i lepszej kontroli pieniędzy przepływających przez instytucję. Głównym argumentem są tutaj podobno wyniki audytu, który Ministerstwo Edukacji, Kultury i Sportu zleciło w hiszpańskim związku, wykazującego kilkanaście nadużyć i niedociągnięć o charakterze finansowym. Można więc uznać, że każdy ma tutaj coś na sumieniu.
Jednym może się wydawać, że jest to walka o interesy piłkarzy i ich niezależność. Inni sądzą, że to najzwyczajniej w świecie wojna o wpływy między Villarem a Ministerstwem reprezentowanym przez Jose Ignacio Werta. Sytuacja jest trudna do oceny, a o opinię w tej sprawie poprosiłem Patryka Prokulskiego, współpracownika „Ole Magazynu”, który zajmował się tą kwestią w lutym.
Jose Ignacio Wert
– Odnoszę wrażenie, że w bieżącym konflikcie równie dużo jest walki o ochronę praw graczy i federacji, co prywatnych animozji i chęci utrzymania wpływów. Po raz kolejny w hiszpańskim futbolu w samym centrum burzy po jednej stronie barykady znajduje się Miguel Anguel Villar, a po drugiej koalicja Miguela Cardenala i Javiera Tebasa. Podobnie rzecz miała się po tragicznych w skutkach zamieszkach przed meczem Atletico Madryt z Deportivo La Coruna, w których zginął kibic. Villar nie skorzystał wtedy z zaproszenia Cardenala i nie zjawił się na spotkaniu najważniejszych osobistości świata sportu i polityki w Hiszpanii, które razem chciały rozwiązać problem przemocy wśród kibiców. Nie wsparł wtedy także działań kierowanej przez Tebasa LFP, działającej w tym samym celu. Dlatego też obecny spór to w dużej mierze prywatna potyczka i dążenie do utrzymania jak największej władzy w rękach RFEF. Jednocześnie Villar ogłasza strajk, ignorując fakt, że to LFP zajmuje się organizacją rozgrywek, wątpliwe są więc jego podstawy prawne.
Z drugiej strony, brak zabezpieczenia praw piłkarzy jest dla nich jawnie krzywdzący, nie dziwi więc zaangażowanie stowarzyszenia zawodników w całą sprawę. Pamiętajmy, że groźby prezesa Espanyolu, Joana Colleta, wystosowane w lutym odniosły skutek. Collet zapowiadał strajk, jeżeli kwestia zmiany zasad sprzedaży praw telewizyjnych nie ulegnie zmianie. Minęły dwa miesiące, a sprawa została uregulowana. Jak widać, kluby wywalczyły swoje, teraz czas na piłkarzy.
Pozostaje nam mieć nadzieję, że piłkarze i działacze pójdą po rozum do głowy i znajdą kompromis. W końcu na braku rozwiązania tracą wszyscy, począwszy od kibiców, poprzez media, sponsorów, działaczy i piłkarzy, a kończąc na samym wizerunku całego kraju.