Wtorek i środa przyniosły nam półfinały Ligi Mistrzów. To oczywiście sprawiło, że w czwartkowy wieczór mogliśmy delektować się spotkaniami w ramach dwóch pozostałych europejskich rozgrywek. Grały Liga Europy i Liga Konferencji, a na pierwszy plan wysuwało się starcie rozgrywane w Londynie. Tam West Ham podejmował Eintracht.
Czy to w ogóle niespodzianka?
Dziewiąty zespół Bundesligi pokonuje siódmą drużynę Premier League. Na pierwszy rzut oka większość obserwatorów powiedziałaby, że mamy do czynienia ze sporego kalibru niespodzianką. Jednak jeśli przyjrzymy się drodze Eintrachtu trochę bliżej, wcale aż tak nas to nie zaskoczy.
Grupa drużyny z Frankfurtu okazała się dość łatwa i wyjście z niej było niemalże formalnością. Schody zaczęły się w tym roku, gdy w 1/8 finału „Orły” musiały mierzyć się z Realem Betis. Hiszpanie w tym sezonie prezentują się z naprawdę dobrej strony. Dodatkowo napędzała ich jedna pozaboiskowa kwestia — finał zostanie rozegrany w ich mieście, na stadionie największego rywala. To na pewno sprawiało, że zawodnicy z Benito Villamarin wyobrażali sobie zwycięstwo. Ich plany pokrzyżowali Niemcy i to oni przeszli dalej, gdzie znowu trafili na Hiszpanów.
Tym razem ich rywalem była Barcelona, która przecież pozostawała głównym kandydatem do wygrania całych rozgrywek. Katalończycy również przekonali się o tym, że gracze Olivera Glasnera potrafią napsuć krwi każdemu. Przedstawiciel Bundesligi zagrał świetnie szczególnie na Camp Nou, gdzie w pewnym momencie prowadził już nawet 3:0. W taki sposób Eintracht znalazł się w półfinale.
Tu los skojarzył go oczywiście z West Hamem i wydaje się, że to właśnie „Młoty” były typowane na faworyta tej rywalizacji. I one też nacięły się na nieprzyjemny niemiecki zespół. Od pierwszego gwizdka mecz nie układał się po myśli gospodarzy. Niemcy przy pierwszej dogodnej sytuacji umieścili piłkę w siatce. Zrobił to Ansgar Knauff, który trafił też w pierwszym meczu z Barceloną.
Jednak niedługo później wyrównał Michail Antonio i przez długi czas utrzymywał się remis. W drugiej połowie przyjezdnym udał się jeden wypad, a ten na bramkę zamienił Daichi Kamada i takim samym wynikiem zakończyła się ta batalia.











