Do sporej niespodzianki doszło w ostatnim meczu 1/8 Pucharu Króla, w którym Levante pokonało Real Madryt 2:0. Pewny awansu zespół „Królewskich” wystąpił w mocno rezerwowym składzie, jednak nie zmienia to faktu, że podopiecznym Jose Mourinho taka wpadka nie powinna była się przydarzyć.
Levante – Real Madryt
Jose Mourinho po pierwszym meczu, zakończonym ośmiobramkowym pogromem, zgodnie z umową, dał odpocząć swoim asom, zostawiając prawie wszystkich zawodników podstawowego składu w Madrycie, a wystawiając przeciwko Levante tylko dwóch piłkarzy, regularnie grających dla Realu: Samiego Khedirę i Ricardo Carvalho. Na Estadi Ciutat de Valencia mogliśmy zatem obejrzeć, jak prezentuje się drugi garnitur Realu, złożony w sporej części z wychowanków Castilli. Pomimo takiego młodego składu, dziennik „Marca” jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego w rozpiskę ćwierćfinałów wpisał „Real Madryt”.

Pomimo ogromnego pokazu ambicji, o pierwszej połowie można powiedzieć, że się po prostu odbyła – jednym, godnym odnotowania, incydentem było spięcie Karima Benzemy z Nano, po którym Francuz został ukarany żółtą kartką, drugim natomiast, strzał Rafy Jordy, po którym świetną interwencją popisał się Adan. Levante starało się ze wszystkich sił nie dopuścić do powtórki z pierwszego meczu; piłka nie opuszczała niemal wcale środkowej strefy boiska, a kiedy Real rozpoczynał już swoją akcję, szybko była ona kończona przez skuteczną linię defensywną gospodarzy.
Podczas początkowych minut drugiej połowy kibice oglądający ten mecz bardziej niż na samych wydarzeniach na płycie boiska, mogli skupić się chociażby na zakładach typu: „Kiedy na boisku pojawi się Kaka?”. Odpowiedź przyszła w 56. minucie, jednak, dopiero powracający po długiej kontuzji, Brazylijczyk nie był w stanie od pierwszych minut swojego pobytu na boisku znacząco zmienić obrazu gry. Był to bez wątpienia istny mecz przyjaźni – żadna ze stron nie chciała doznać przypadkowej kontuzji, a dodatkowo piłkarze „Królewskich” robili wszystko, aby uniknąć otrzymania żółtej kartki. Sztuka ta udawała się do 61. minuty, kiedy to po dośrodkowaniu Xisco piłka trafiła Gago w rękę, którą się zasłaniał i sędzia podjął dość dyskusyjną decyzję o podyktowaniu rzutu karnego, a pomocnika ukarał żółtą kartką. Piłkę na jedenastym metrze ustawił Xisco i pewnym strzałem w lewy róg pokonał Adana – straty z pierwszego meczu były już częściowo odrobione, a realizator pokazał nawet kibica z transparentem „9:0? Yes we can!”. Minutę później mogło już być 2:0, ale Rafa Jorda nie trafił w bramkę z kilku metrów.
Przez kolejne minuty Real, kierowany przez Kakę i Khedirę, próbował przedrzeć się pod pole karne rywala, ale we dwójkę nie byli w stanie rozerwać, wystarczająco dobrze spisującej się, defensywy Levante. Momentami Real nie wychodził z pola karnego gospodarzy – najbliżej był Kaka, którego strzał głową trafił tylko w poprzeczkę. Zupełnie niespodziewanie to zespół Levante podwyższył prowadzenie – w 85. minucie w okolicach narożnika pola karnego sfaulowany został Xisco, a egzekutorem rzutu wolnego został Sergio, który perfekcyjnie przymierzył w samo okienko bramki, strzeżonej przez Adana – było już 2:0! Na twarzach młodych zawodników „Królewskich” było widać ogromne zdumienie – nie tak wyobrażali sobie oni swoją szansę na wywalczenie miejsca w podstawowej jedenastce.











