Pierwsza po świątecznej przerwie kolejka nie przyniosła zmian. Barcelona i Real nadal wygrywają, może mało przekonująco, ale wygrywają. Reszta stawki wykrwawia się w wewnętrznej walce, a sędziowie szaleją.
Gonzalez Gonzalez z pewnością zna słowa zamieszczonej w tytule tego tekstu piosenki MC Hammera. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że w 61. minucie właśnie za ich pomocą uzasadnił Aritzowi Adurizowi konieczność dania mu czerwonej kartki za szturchnięcie łokciem ręki defensora Espanyolu. Cała sytuacja była tak absurdalna, że przez dłuższą chwilę nikt nie wiedział, o co chodzi. Chica konał na murawie, drżącym głosem wypowiadając ostatnie słowa, lekarze katalońskiego klubu wbiegli na murawę z noszami, by ratować, co się da, piłkarze się szarpali, ogólnie armagedon. A potem realizator zafundował nam powtórkę i wszystko stało się jasne – obrońca symulował. Robił to w tak bezczelny sposób, że zasadne wydaje się pytanie, czy nie popełnił błędu przy wyborze ścieżki kariery. Zresztą, sami zobaczcie:
Nie myślcie, że to był pojedynczy przypadek bzdurnej decyzji Gonzaleza. On i jego liniowi koledzy mylili się przy praktycznie każdej decyzji. Mecz wymknął się im spod kontroli, było dużo brzydkich fauli, dużo niesportowych zachowań i ogólnie dużo złych rzeczy. W ostatniej minucie sędzia liniowy nie wyłapał metrowego spalonego Maty i pozwolił Valencii wygrać ten mecz. Końcowy wynik dobrze oddawał to, co działo się na boisku, kardynalne błędy rozłożyły się po równo, ale niestety, w futbolu dwa minusy nie dają plusa.

Carles, mąż opatrznościowy
W niedzielnym meczu z Levante środek bloku defensywy Barcelony tworzyli Sergio Busquets i Eric Abidal. Obaj, gdyby ich oceniać indywidualnie, zagrali bez zarzutu. Kolektywnie zawiedli na całej linii. Oczywiście tłumaczy ich fakt, że razem grali tam po raz pierwszy, że to nie jest ich nominalna pozycja. Ale ja idę o zakład, że jeśli jednym ze stoperów byłby Puyol, to drugim mógłby być chociażby Bojan i obrona by działała. Gdy na boisku nie ma „Tarzana”, Barcelonie brakuje barcelonowatości. O ofensywę drużyny dba pięciu, sześciu, czasami nawet siedmiu graczy. Defensywą rządzi jeden. O ile w takim Realu Pepe, Carvalho i Albiol mogą z powodzeniem dowodzić całą obroną, „Duma Katalonii” jest uzależniona od Puyola. Kiedy Pique ma obok siebie długowłosego kolegę, gra świetnie. Kiedy go brakuje, gra po prostu słabo. Gdy nie ma Puyola, nikt nie zabezpiecza prawej strony, zazwyczaj pustej – Dani Alves w drużynie Guardioli jest raczej skrzydłowym.
Carles, czy też Carlos, jak wolą go nazywać hiszpańscy koledzy z reprezentacji, wchodzi w wiek, który zwykło się nazywać chrystusowym. Historia zna wielu pięknych trzydziestoletnich obrońców, mało tego, zna kilku pięknych, prawie czterdziestoletnich, ale Puyol nie wydaje się materiałem na nowego Maldiniego. Po pierwsze w jego grze z roku na rok widać naprawdę spory spadek szybkościowy i wytrzymałościowy, po drugie, znacznie ważniejsze, on sam raczej nie będzie przeciągał swojej kariery w nieskończoność. Dwa, trzy lata i wystarczy. Już kilka razy wspominał o potencjalnych następcach, wśród których wymienił raz, ku rozpaczy zarówno Madrytu, jak i Katalonii, Sergio Ramosa. Co się stanie, jak zabraknie tego futbolowego gladiatora? O tym Barcelona woli nie myśleć










