Brazylia – Meksyk 2:0. Meksykanie, pomimo całkiem dobrego spotkania, muszą pakować walizki. Zabrakło sił na drugą połowę i świetnie przygotowanych Brazylijczyków. Podopieczni Tite natomiast rozkręcają się z meczu na mecz i coraz pewniej zmierzają po mistrzostwo świata.
Meksykańskie szaleństwo
Od początku meczu widać było, jaki jest plan obu zespołów ma ten mecz. Reprezentanci Meksyku rozpoczęli spotkanie wysokim i agresywnym pressingiem, co sprawiało dość statycznym Brazylijczykom niemałe problemy. Juan Carlos Osorio chciał załatwić swojej drużynie pierwszy awans do ćwierćfinału mundialu od 1986 roku tym samym sposobem, którym udało mu się pokonać Niemców w fazie grupowej. „Canarinhos” okazali się jednak nieco bardziej odporni na intensywne ataki Meksykanów, a przynajmniej lepiej na nie przygotowani niż nadal aktualni mistrzowie świata.
Podopieczni Tite, pomimo początkowego szoku w jaki wprawiła ich gra przeciwników, z każdą minutą coraz lepiej sobie radzili, przejmując powoli inicjatywę. Bardzo dobrze wyglądał środek pola, w którym rządził i dzielił Casemiro. Zmuszało to podopiecznych Osorio do atakowania skrzydłami, gdzie czekali na nich niezbyt pewny Fagner i niewiele lepszy Filipe Luis, który zastępował na lewej stronie obrony kontuzjowanego Marcelo. Właśnie z bocznych sektorów Meksyk sprawiał najwięcej zagrożenia, jednak ostatecznie szczęście stało zawsze po stronie Brazylijczyków.
Im bardziej słabli Meksykanie, tym coraz śmielej poczynali sobie „Canarinhos”. Kilkukrotnie stworzyli zagrożenie za sprawą udanych pojedynków jeden na jeden, przede wszystkim lewą stroną, gdzie pewnie czuł się Neymar oraz po prostopadłych podaniach w pole karne, do których dobrze wybiegał Gabriel Jesus. Za każdym razem jednak na posterunku był świetnie dysponowany Guillermo Ochoa lub któryś ze środkowych obrońców.











