Brendan Rodgers w słabym stylu rozpoczął swój czwarty sezon pracy na Anfield Road. Czy jeżeli wyniki „The Reds” szybko się nie poprawią, powinno to oznaczać koniec przygody Irlandczyka z Liverpoolem?

Brendan Rodgers jest pierwszym menadżerem od lat 50., który w pierwszych trzech sezonach pracy z Liverpoolem nie zdobył z zespołem żadnego trofeum. Jednak mimo to nadal ma zaufanie zarządu klubu. Uważam, że Irlandczyka przed zwolnieniem chroni przede wszystkim wspaniały sezon 2013/2014. Gdyby Liverpool nie walczył wtedy do ostatnich kolejek o mistrzostwo, to Rodgers mógłby już na Anfield nie pracować. Myślę, że szefowie klubu z Merseyside liczą przede wszystkim na to, że skoro Irlandczyk raz potrafił zbudować zespół, który o mały włos nie sięgnął po pierwszy od wielu lat tytuł, to będzie potrafił zrobić to ponownie. Moje wątpliwości budzi jednak fakt, na ile to wicemistrzostwo było zasługą trenera, a na ile szalejącego wówczas duetu Suarez – Sturridge. Urugwajczyk, który w sezonie 2013/2014 przerastał wszystkich pozostałych zawodników w lidze, oraz starający się dotrzymywać mu kroku młody Anglik sprawili, że Liverpool osiągnął wtedy wynik ponad stan. Świadczyć może o tym m.in. fakt, że w wicemistrzowskiej kampanii Liverpool stracił 50 goli. Aż siedem drużyn w Premier League miało w sezonie 2013/2014 lepszą defensywę.
Zarzut, jaki na pewno można postawić Rodgersowi, to, że w kolejnym sezonie nie potrafił ustabilizować gry swojego klubu. To jasne, że po odejściu najlepszego strzelca oraz długotrwałej kontuzji Sturridge’a walka o mistrzostwo była nierealna, ale spadek aż na szóstą lokatę powinien być dla wszystkich w czerwonej części Liverpoolu bardzo niepokojący. Rodgers nie był pierwszym menadżerem, który musiał się zmagać z problemem sprzedaży swojej największej gwiazdy do innego klubu. Z Arsenalu rok po roku odchodzili Fabregas, Nasri, van Persie, a mimo to nadal Arsene Wenger utrzymywał miejsce w czołowej czwórce. Również np. Manchester United potrafił sobie poradzić po sprzedaży Cristiano Ronaldo do Realu Madryt.
Pomimo ogromnego rozczarowania wynikami w ubiegłym sezonie zarząd klubu postanowił wykazać cierpliwość i pozwolił Rodgersowi pracować kolejny rok. Czwarty sezon Irlandczyka w klubie będzie dla niego prawdopodobnie decydujący. Jeżeli i w tegorocznych rozgrywkach nie zdobędzie jakiegoś trofeum lub też nie zajmie czołowego miejsca w lidze, to prawdopodobnie jego czas na Anfield minie. Na razie z perspektywy kibica Liverpoolu nie wygląda to dobrze. Drugie lato z rzędu „The Reds” sprowadzili bardzo wielu zawodników. Jedne transfery, jak np. Milner czy Clyne, wyglądają obiecująco, inne, jak choćby ten Ingsa, sprawiają wrażenie niedostatecznie jakościowych.












