Paris Saint-Germain niespodziewanie zremisowało z AC Ajaccio, 1:1. Paryżanie byli zdecydowanie lepsi, o czym doskonale mówią liczba strzałów (39:1) i dwie poprzeczki, ale jak każdy wie, piłka nożna to sport nieprzewidywalny i często niesprawiedliwy.
Cavani i Ibrahimović, Ibrahimović i Cavani… Same nazwiska duetu napastników PSG sieją postrach i już od początkowych minut było widać, że piłkarze Ajaccio mieli pełne galoty. Kiedy jednak pierwszy napór mistrzów Francji nie przyniósł powodzenia, goście postanowili przeprowadzić kontratak. Okazało się, że nie taki Paryż straszny, i Benoit Pedretti dał przyjezdnym niespodziewane prowadzenie. Kibice gospodarzy przecierali oczy, bo akcja Ajaccio była prawdziwym majstersztykiem. Dośrodkowanie Diarry, Mehdi Mostefa wyłożył piłkę przed pole karne, a tam już czekał Pedretti, żeby dokonać tego, co wydawało się niemożliwe.

Po bramce zespołu z Korsyki gra wróciła do normy, czyli PSG dominowało w środku pola, ale nie potrafiło się przebić przez defensorów Ajaccio. Jeśli jednak udawało się zmylić obrońców, na drodze stał jeszcze Guillermo Ochoa, który w swoich fachu jest prawdziwym maestro. Próbował Ibrahimović, próbowali Cavani i Lucas, ale przed przerwą PSG nie potrafiło zmienić rezultatu i to Ajaccio schodziło do szatni w lepszym nastroju.
Po zmianie stron niestety dla paryżan nic się nie zmieniło. Nic oprócz pogody, bo nad Parc des Princes na drugą połowę ktoś na górze zafundował nam oberwanie chmury. Tak czy siak, PSG nie miało pomysłu, żeby pokonać meksykańskiego bramkarza, i niekorzystny wynik nie ulegał zmianie. W 57. minucie Laurent Blanc ściągnął z boiska Javiera Pastore, który przy ogromnych gwizdach opuścił murawę na rzecz Lavezziego. Paryżanie, jakby natchnieni tymi przeraźliwymi gwizdami, chwilę później byli bliscy wyrównania. Do dobrej centry wyskoczył Alex i choć nieczysto trafił w piłkę, leciała ona wprost do bramki. Tam jednak z linii z całych sił wybił ją Benoit Pedretti, umacniając się w roli bohatera spotkania.
W 65. minucie w zasadzie wszyscy już widzieli piłkę w bramce. Z ponad 30 metrów z rzutu wolnego dośrodkował Thiago Motta, w polu karnym do futbolówki wyskoczył jego imiennik z formacji obronnej, ale Lavezzi i Cavani weszli za głęboko i goście spokojnie wybili piłkę, jak najdalej było to możliwe. Prawdziwy dramat rozegrał się chwilę później, kiedy przy bramce gości głowami zderzyli się Matuidi i Nadeau. Krew się polała, piłkarze leżeli na ziemi i można było się poczuć jak na Pile, ale zaraz zaraz, przecież my oglądamy piłę… Mniejsza z tym. Kontuzjowani zawodnicy zostali czym prędzej zniesieni z boiska i zmienieni, a Paryż mógł kontynuować pościg za remisem.











