W meczu Sevilli z Atletico było niemal wszystko. Świetne akcje, genialne parady, kontrowersje, faule… Zabrakło tylko goli. Mecz dwóch drużyn o wielkich aspiracjach mimo to nie zawiódł.

Andaluzyjczycy wybiegli na stadion Vicente Calderon ze świadomością, że łatwo nie będzie – na ławce został Alvaro Negredo. Jego nieobecność to strata kilkudziesięciu procent potencjału ofensywnego Sevilli. Po drugiej stronie stanęło Atletico Madryt w wersji de luxe. Praktycznie wszyscy zdrowi, chętni do gry, strzelania i wygrywania.
Już pierwsze minuty meczu pokazały, kto ma nadzieję być głównym bohaterem dzisiejszego widowiska. Radamel Falcao biegał do każdej piłki, cofał się, wracał, krążył, kombinował. Wszystko po to, by zatrzeć obraz nędzy, jaki pozostawił po sobie niedawny mecz z Barceloną. Pierwszy strzał nie był jednak autorstwa nadpobudliwego Kolumbijczyka, tylko Jose Antonio Reyesa. Bramkarz Sevilli piłkę złapał, ale zrobił to na tyle niepewnie, że w głowach „Los Colchoneros” musiała pojawić się myśl: pokonamy go. Gospodarze atakowali nieustannie. Gdy Sevilla wychodziła, szybko była sprowadzana na ziemię przez niesamowitego dziś Mario Suareza. Wyrazem bezsilności przyjezdnych była szybka żółta kartka dla Kanoute. Sposób, w jaki współpracowała formacja ofensywna Atletico, był imponujący. Po prostu imponujący. Aż dziw bierze, że ta drużyna na Camp Nou zaprezentowała się tak marnie. W 11. minucie spotkania po szybkiej akcji, która zupełnie rozmontowała obronę Sevilli, znowu strzelał Reyes. Tym razem minimalnie przestrzelił. W 17. minucie pierwszy strzał na bramkę Courtois oddali Andaluzyjczycy. Strzał był taki jak ich gra – słaby. W odpowiedzi kilka minut później strzelał Tiago. Jego strzał nie był słaby, był mocny. Miał inną wadę – przeleciał dobry metr nad poprzeczką. Wraz z upływem czasu Sevilla pozwalała sobie na coraz bardziej odważne akcje.

Pod nieobecność Negredo ciężar ciągnięcia gry do przodu spoczął na skrzydłowych. Jesus Navas z jednej i Diego Perotti z drugiej wykonywali wielką pracę, żeby przełamać zasieki obronne rywala. W okolicach 25. minuty spotkania doszło do ciekawej sytuacji – „Coke” i Falcao nawzajem się sfaulowali. Sędzia miał twardy orzech do zgryzienia. Ostatecznie dał żółtą kartkę Hiszpanowi, zapewne uznając, że jeśli ktoś został królem strzelców Ligi Europy, ma większe prawo do bycia faulowanym. Nieco ponad pół godziny zajęło Andaluzyjczykom zebranie trzech żółtych kartek – w rzemiośle czysto piłkarskim piłkarzom Atletico ustępowali wyraźnie, musieli więc radzić sobie w inny sposób. Bramka Javiego Varasa, poza krótkimi przerwami na niemrawe kontry, była oblegana nieustannie. Diego, Arda i Falcao dokonywali cudów, by Hiszpana zmusić do kapitulacji. Próbowali wszystkiego, nic nie wpadało. W akcje ofensywne zaangażowani byli niemal wszyscy piłkarze „Los Colchoneros”.












