Levante podejmowało Real Sociedad. Chociaż to goście byli faworytem, to groźniejsi okazali się gospodarze. Mimo niezłych akcji spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Duża w tym zasługa golkiperów.
W Walencji Levante podejmowało rewelację poprzedniego sezonu – Real Sociedad. Faworytem wydawali się być goście, w szeregach których od pierwszej minuty grali: Carlos Vela, Griezmann i Xabi Prieto. Należy jednak pamiętać, że w tym tygodniu zespół z San Sebastian weźmie udział w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Dlatego też Baskowie mogli nie wyjść z szatni w pełni zaangażowani. Gospodarze po tęgich batach, które dostali w pierwszej kolejce od Barcelony, grają coraz lepiej. Zremisowali z Sevillą i ograli na wyjeździe Rayo. Przy odpowiedniej motywacji mogli i dzisiaj zdobyć komplet punktów.

W pierwszych minutach powoli klarowała się przewaga przyjezdnych. Obrońcy Levante pogubili się kilka razy w ataku pozycyjnym gości, lecz na ich szczęście Baskowie sprawiali wrażenie nieskoncentrowanych. W obronie też im się zdarzył błąd. W 9. minucie gracze Levante mogli skarcić ekipę z północy Hiszpanii. Lewym skrzydłem biegł Juanfran, który perfekcyjnie dośrodkował w pole karne na głowę Barrala. Napastnik z Walencji nie trafił jednak w światło bramki. Parę minut później główkę Pedro Riosa obronił Claudio Bravo. Levante pozornie chwyciło wiatr w żagle, raz po raz podchodząc pod pole karne gości. Była to jednak pułapka, gdyż Baskowie są w czołówce drużyn grających z kontry w Hiszpanii, a może nawet i Europie. Kilka groźnych kontr przyjezdnych zostało jednak zablokowanych przez defensywę Levante.
Gościom nie udało się wejść z piłką do bramki, nie wyszedł im również strzał z dystansu. Podania Griezmanna oraz Veli wymierzone były w trybuny. Można było odnieść wrażenie, że ekipa z San Sebastian gra na 50% swoich możliwości. Gospodarzom trudnoo było odmówić zaangażowania, lecz umiejętności mieli wyraźnie mniejsze. Nie mógł zmienić tego nawet superstrzał Papy Diopa w 40. minucie zza pola karnego. Bravo był jednak na posterunku. W pierwszej połowie obie ekipy nie zagrały porywająco. Gra jednych i drugich była rwana, nieefektywna. W zasadzie nikt nie był wyróżniającą się postacią. Zawiódł Esteban Granero, który miał dwa zadania. Po pierwsze przejąć środek pola, po drugie dogrywać piłki do dobrze ustawionych kolegów. Wyszła mu tylko pierwsza czynność – Real Sociedad miał 57% posiadania piłki. Oczywiście remis nikogo nie urządza, dlatego można było spodziewać się lepszej gry w drugiej odsłonie.
Gospodarze na początku drugiej połowy dokonali dwóch zmian: weszli Baba i Ivanschitz, którzy mieli wzmocnić siłę ofensywną. Ten pierwszy miał doskonałą sytuację zaledwie dwie minuty po wejściu. Po chwili zaskoczenia znowu goście osiągnęli optyczną przewagę. Nie wynikało z niej jednak nic. Wprost przeciwnie, to Levante przeprowadzało szybkie kontry. Po jednej z nich Baba mógł wyprowadzić swój zespół na prowadzenie, jednak trafił w bramkarza. W 61. minucie znalazł się na spalonym. Był jednak najaktywniejszym graczem gospodarzy. Kilka minut później Real Sociedad w końcu stworzył sobie sytuację, z której jest znany. Akcję rozpoczął Seferović, który zastąpił chwilę wcześniej Griezmanna. Strzał Veli obronił bramkarz, Prieto trafił w słupek, a następnie futbolówka znowu potoczyła się pod nogi Meksykanina, który jednak skiksował.











