Piłkarze ŁKS-u i Rakowa rozpoczęli zmagania w najwyższej klasie rozgrywkowej. Drużyna z Łodzi, po wyrównanym spotkaniu, zremisowała z jedną z najlepszych drużyn poprzedniego sezonu – Lechią Gdańsk. Raków musiał uznać wyższość Korony Kielce. Z pewnością zarówno jedna, jak i druga drużyna nie jest zadowolona z inauguracji. Powodów do większych zmartwień na horyzoncie również nie widać.
W Łodzi czuć było wielkie święto. Powrót do ekstraklasy po siedmiu latach tułaczki w niższych ligach z pewnością bardzo cieszył kibiców. Ten okres to nie tylko odbudowa zasłużonego klubu, ale przede wszystkim nabywanie własnej tożsamości, stylu, charakteru. Cel został zrealizowany w stu procentach. Przed startem PKO Ekstraklasy ŁKS mógł czuć się mocny – beniaminek to obecnie dobrze zarządzany klub, z piłkarzami, którzy chcą dawać z siebie wszystko i kibicami, na których zawsze można liczyć.
Raków to także dobrze zorganizowany zespół, który mocno stawia na stabilizację i kolektyw. Te dwie cechy mają stanowić siłę drużyny z Częstochowy w nadchodzącym sezonie. Zwycięzca pierwszej ligi w sezonie 2018/2019 już wtedy mógł zaczerpnąć sporo doświadczenia podczas spotkań z najlepszymi drużynami w Polsce. Dotarł bowiem do półfinału Pucharu Polski. Mało tego! Pokonał Lecha Poznań i ówczesnego mistrza Polski – Legię Warszawa. Nieznacznie uległ także w 1/2 finału Lechii Gdańsk. Gra i wyniki osiągane przez Raków budziły respekt i szacunek dla drużyny. Wszystko wskazywało więc na bezproblemowe wejście beniaminka w świat polskiej elity klubowej…
ŁKS-u miłe początki
Już w pierwszej kolejce ŁKS czekało nie lada wyzwanie. Rywalem „Rycerzy Wiosny” była trzecia drużyna poprzedniego sezonu. Gdańska Lechia w tym sezonie ostrzy sobie zęby na zdobycie mistrzostwa Polski. Mecze z beniaminkami może traktować więc jako te z serii obowiązkowych do wygrania. Faworyt był więc jeden.
Pomimo wszystko, ŁKS wkraczał do ekstraklasy bez kompleksów. Widać to było już od pierwszych minut spotkania. Filozofia gry ofensywnej Kazimierza Moskala miała swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. ŁKS stworzył kilka dogodnych sytuacji, którym brakowało przysłowiowej „kropki nad i”. W drużynie gospodarzy wyróżniał się Hiszpan Daniel Ramirez. Jego podania kreowały najgroźniejsze akcje ŁKS-u. Lechia przebudziła się dopiero w trzecim kwadransie meczu, przejmując inicjatywę. Ten stan rzeczy nie trwał jednak długo. Istotnym momentem spotkania, jeśli nie najważniejszym, był brutalny faul Żarko Udovicicia. Kibice zgromadzeni na stadionie przy Alei Unii Lubelskiej stali się jeszcze mocniej zmobilizowani, by weprzeć swój zespół. Wszystko wskazywało na to, że Łódzki Klub Sportowy idzie po niespodziankę i pierwsze zwycięstwo w sezonie.











