Hitem i zarazem głównym wydarzeniem 12. kolejki T-Mobile Ekstraklasy było spotkanie pomiędzy Lechem Poznań i Legią Warszawa. W końcu był to pojedynek przez niektórych nazywany meczem sezonu czy derbami Polski. Wreszcie widzieliśmy pełne trybuny, znakomitą oprawę i co najważniejsze, dynamiczną i szybką konfrontację, którą aż chciało się oglądać. Aby nie było za różowo, musimy też wspomnieć o warszawskich ciemnościach przy Konwiktorskiej czy zachowaniu kibiców Wisły Kraków.
Wróćmy na Bułgarską, gdzie „Kolejorz” przegrał z Legią Warszawa 1:3. Ktoś, kto nie oglądał tego spotkania, wiedząc tylko, że w 32. minucie „Wojskowi” prowadzili trzema bramkami, pomyślałby, że mecz mógł zostać zakończony zaledwie po dwóch kwadransach. Nic z tych rzeczy. Wystarczy spojrzeć na statystyki. Posiadanie piłki na korzyść gospodarzy, strzały również dla poznaniaków. Jednak, jak wiemy, suche statystyki nie grają (przypomnijmy porażkę chociażby FC Barcelona z Celtikiem Glasgow, mimo miażdżącej przewagi hiszpańskiej drużyny), a wygrywa ten, kto strzeli minimum jedną bramkę więcej.

Przed 12. kolejką podopieczni Mariusza Rumaka mogli poszczycić się najlepszą linią obrony w całej lidze (zaledwie sześć straconych bramek w jedenastu spotkaniach). Legioniści potrafili wbić aż połowę tej liczby w ciągu 30 minut. Co się stało? Jak to możliwe? Wiedzieliśmy my i wiedział sztab szkoleniowy wraz z zawodnikami, że Legia to najbardziej bramkostrzelna ekipa w ekstraklasie. Czy brak Manuela Arboledy miał decydujący wpływ? To, co robili (a raczej nie robili) Hubert Wołąkiewicz razem z Marcinem Kamińskim, to istny przykład, jak nie mogą grać dwaj środkowi obrońcy. Radović, Kosecki i spółka skrzętnie to wykorzystali, a kibicom Lecha pozostało robić dobrą minę do bardzo złej gry. Tak złej, że trener Rumak prawie zaniemówił, twierdząc jedynie, iż tak słabej defensywy „Kolejorza” jeszcze nie widział. Dziwna ta nasza liga.
Nie bądźmy aż tacy złośliwi. Pochwalmy chociaż postawę kibiców Lecha i wspaniałą oprawę niczym na La Bombonerze w Buenos Aires. Ponad 40 tysięcy widzów, ciekawe i szybkie widowisko – to naprawdę przypominało najlepsze europejskie ligi. Legia świętuje, a Lech musi się pozbierać i udowodnić, że był to tylko wypadek przy pracy.
Przenieśmy się teraz do Warszawy, lecz nie w okolice Łazienkowskiej, ale Konwiktorskiej, gdzie Polonia o godz. 18:00 miała zagrać z Górnikiem Zabrze. Zagrała, ale… półtorej godziny później. Powód? Brak prądu, przez co transmitująca telewizja nie mogła przeprowadzić relacji. W ekspresowym tempie przenieśliśmy się z przedmieść najlepszej europejskiej piłki do slumsów, w których pięknego futbolu szukać ze świeczką. Najważniejsza rzecz, czyli samo spotkanie, nie do końca sprostała oczekiwaniom nie tylko kibiców, ale i wielu przedstawicieli czołowych klubów Europy. Zapowiedzieli się skauci Borussii Dortmund, Bayernu Monachium, Milanu, Interu Mediolan, Juventusu Turyn, Manchesteru United czy Celticu Glasgow. Zawiedli się na Miliku, Wszołku, a także Teodorczyku. Miejmy nadzieję, że jeden mecz nie będzie miał wpływu na ich ostateczną decyzję. A może dobrze dla tych młodych chłopaków, gdyby zostali w Polsce jeszcze przez jakiś czas? Dziwna ta nasza liga.










