Kwiecień miał być bardzo ważnym miesiącem dla piłkarzy Bayernu Monachium. Ćwierćfinał Ligi Mistrzów, półfinał Pucharu Niemiec oraz walka o mistrzostwo w Bundeslidze. „Bawarczycy” od początku sezonu podkreślali, że walczą o potrójną koronę. Wpadka w europejskich pucharach i wyeliminowanie niemieckiej drużyny przez Real Madryt uruchomiło lawinę. Po marzeniach o zwojowaniu Europy teraz legły w gruzach plany walki w Berlinie o DFB-Pokal. Na szczęście dla Bayernu przewaga nad wiceliderem Bundesligi wciąż jest duża, bo nie wiadomo, czy kwiecień nie zniszczyłby zawodnikom z Monachium drogi do wszystkich celów.
W trzech poprzednich sezonach, za panowania Pepa Guardioli, Bayern Monachium na rodzimym podwórku dominował, a w europejskich pucharach zatrzymywał się na półfinale. Kibice „Bawarczyków” oszaleli na punkcie Ligi Mistrzów i tylko tego oczekiwano od tak wspaniałego trenera, jakim był Hiszpan. W obecnym sezonie pracę w Bawarii rozpoczął Carlo Ancelotti. W przeszłości Włoch potrafił wygrać najważniejsze rozgrywki w Europie z Milanem czy Realem. Teraz miała przyjść pora na mistrza Niemiec. Jesienią narzekano na styl gry Bayernu, ale w Bundeslidze obrońca tytułu pewnie liderował. W rozgrywkach Ligi Mistrzów też nie było większych problemów z awansem, ale „Bawarczycy” wyszli z grupy za Atletico. Wiosna była już lepsza, bo oszczędzanie sił miało być wyznacznikiem silnego Bayernu na kwiecień i najważniejszą fazę sezonu.
Przegrana z Realem i kontuzjami
Co do samych okoliczności przegranej nie ma co dyskutować. Co prawda drugi mecz przyniósł dużo kontrowersji, ale przecież Real przypadkiem w dwumeczu sześciu goli nie strzelił. Przede wszystkim Bayern nie wykorzystał w pierwszym spotkaniu atutu swojego boiska. Dopóki grał w jedenastu, miał przewagę nad Realem. W rewanżu trzeba było gonić, a i w Madrycie Bayern nie dał rady zakończyć regulaminowych 90 minut w pełnym składzie. Gorączka Ligi Mistrzów przeszła z fanów na piłkarzy, a właśnie w tym drugim pojedynku na Santiago Bernabeu trzęsły się im nogi.
Za Ancelottiego był czas, w którym do dyspozycji trenera byli wszyscy piłkarze. Szok. Ale właśnie jak przyszedł moment walki o półfinał LM, fala kontuzji wróciła.
Wydawało się, że za Guardioli limit fali kontuzji został w Monachium wyczerpany. Nawet za panowania Ancelottiego był moment, w którym do dyspozycji trenera byli wszyscy piłkarze. Szok. Ale właśnie jak przyszedł moment walki o półfinał LM, fala kontuzji wróciła. Tuż przed pierwszym meczem wylecieli ze składu Robert Lewandowski i Mats Hummels, ledwo co z leczenia urazów wrócili Thomas Mueller i Manuel Neuer (z czego ten drugi przypłacił to „wolnym” do końca sezonu), a Jerome Boateng na przemian odpoczywający i grający też nie był w pełni sił.
Puchar kto inny podniesie
Porażkę z Realem jakoś przełknięto i podkreślano walkę o podwójną koronę w Niemczech. Przynajmniej tak na konferencji prasowej zapowiadał trener „Bawarczyków”. Oczywiście zaczęły się pojawiać pytania na temat rewolucji transferowej. Ancelotti na spokojnie odpowiadał, że do żadnych większych rewolucji nie dojdzie. Teraz koncentracja miała być skierowana na ligę, a w międzyczasie na półfinał Pucharu Niemiec i pojedynek z Borussią Dortmund. Remis z poprzedniego weekendu z Mainz można było jeszcze usprawiedliwiać zbliżającą się walką z BVB. Ale kolejny mecz w środku tygodnia przyniósł Bayernowi „kłopoty”.









