Katalończycy kontynuują swoją zwycięską passę. Tym razem pokonali na Sanchez Pijzuan Sevillę. Gole dla przyjezdnych strzelali Xavi i Messi. Spotkanie mogło się podobać. Obie drużyny zagrały otwarty i kontaktowy futbol.
Od początku meczu widać było, że gospodarze są bardzo zmotywowani, by pokazać się dziś z dobrej strony. Zawodnicy Michela starali się stosować wysoki pressing, rozgrywali piłkę skrzydłami i nie wahali się grać bardzo ostro. Brutalny jak zwykle był Gary Medel, który już po kilku minutach powinien mieć na swoim koncie żółtą kartkę. Mimo że miejscowi starali się zatrzymać Barcelonę w okolicach linii środkowej, Katalończycy bez problemu przedzierali się przez ich zasieki. Doskonałą okazję miał Pedro, który wyszedł sam na sam z Palopem. Wydawało się, że Kanaryjczyk bez problemu umieści piłkę w siatce. Nic z tych rzeczy – golkiper Sevilli znakomitą paradą zatrzymał słabo dysponowanego ostatnio skrzydłowego. To właśnie skrzydła były najgroźniejszą bronią gości. Po jednej z akcji lewą stroną boiska parę metrów przed linią pola karnego sfaulowany został Adriano. Emir Spahić obejrzał żółtą kartkę, a Barcelona dostała rzut wolny. Do piłki podszedł Xavi i zrobił to, co umie najlepiej – błysnął geniuszem. Katalończyk kopnął idealnie. Palop dosięgnął piłki i wpadł z nią do siatki. Barcelona złamała rywala.

Sevilla po stracie gola przez ładnych kilka minut wyglądała na drużynę, która nie wie, co się dzieje. Beznadziejna gra całej, może poza Spahiciem, obrony wyraźnie ułatwiła zadanie Barcelonie. W 25. minucie Messi przez nikogo nie niepokojony wpadł w pole karne, minął dwóch defensorów i pięknym lobem pokonał bramkarza rywala. Andaluzyjczycy byli na kolanach i z każdą chwilą wyglądali gorzej. W 27. minucie powinno być już 0:3, ale Xaviemu zabrakło instynktu snajperskiego. Michel płacił wysoką cenę za wystawienie ofensywnie usposobionej jedenastki. Katalończycy grali świetnie, koncertowo, popisowo. Wszyscy, poza jednym. Tym co zwykle. Gerard Pique na kwadrans przed końcem pierwszej połowy chciał podarować Sevilli gola. Przyjezdnych uratowała poprzeczka. Były piłkarz Manchesteru United od dobrego miesiąca w każdym meczu udowadnia, że nie zasługuje na miejsce w wyjściowej jedenastce. Chwilę później niezłą okazję miał Kanoute. Malijczyk przyjął piłkę, odwrócił się i kopnął tuż obok słupka. Ostatnie minuty przed przerwą to przebudzenie Sevilli. Andaluzyjczycy odważnie zaatakowali i… prawie staracili bramkę po kontrze. Pedro minął rywala, ale znów przegrał pojedynek z Palopem. W odpowiedzi jeszcze jedną akcję przeprowadzili gospodarze. Centralnym punktem ofensywy klubu z Sanchez Pizjuan znów był oczywiście Pique. Chwilę później kolejny pojedynek sam na sam z barcelonistami wygrał Andres Palop. Tempo meczu było zadziwiające. Gwizdek sędziego najbardziej ucieszył chyba Pepa Guardiolę, który pewnie w szatni powiedział kilka gorzkich słów Gerardowi Pique.










