Barcelona najzwyczajniej zniszczyła Real Madryt, dobitnie udowadniając, jak wiele brakuje rywalowi do jej poziomu. Pięć goli uwydatniło wady i przysłoniły zalety tworu Mourinho.
Polscy kibice hiszpańskich gigantów, wyglądając rano przez okno, z pewnością dostrzegli, że matka natura kibicuje „Królewskim”, fundując nam wszystkim uliczne korki, zasypane samochody i wielogodzinne spóźnienia. Na szczęście to nie jej siły zdecydowały o przebiegu meczu rozgrywanego na Camp Nou.

Na czterdzieści minut przed pierwszym gwizdkiem poznaliśmy składy obu drużyn. Wiedząc, że „El Pipita” Higuain przegrał z urazem, wybory trenerów nie mogły nikogo dziwić. Guardiola postawił na swoje ulubione ultraofensywne ustawienie 4-3-3. Na pivocie szansę dostał oczywiście Sergi Busquets, a nie, jak sądzili niepoprawni optymiści, Javier Mascherano. Jose Mourinho nie zdecydował się na ustawienie „trivote”, zastępując Higuaina Benzemą.
Już w tunelu widzieliśmy, że to więcej niż mecz. Trzynastu mistrzów świata wyściskało się serdecznie, starając się chociaż na chwilę zapomnieć, o tym, że za chwilę zawalczą niemal na śmierć i życie. Piłkarze z Madrytu, wychodząc na Camp Nou, z pewnością poczuli, że stadion nie będzie im sprzyjał. Wielka senyera, napis „Mes que un Club”, wspaniałe, monumentalne barwy – to wszystko robiło gigantyczne wrażenie.
Pierwszy gwizdek sędziego Iturralde Gonzaleza zginął w ogłuszającym huku dopingu Katalończyków. Zaczął Real – Oezil z Benzemą. Już w 4. minucie miała miejsce pierwsza dłuższa przerwa w grze. Victor Valdes pewnie złapał piłkę lecącą ze skrzydła, ale upadając, uszkodził sobie bark. Do rozgrzewki ruszył Pinto, ale na szczęście zmiana nie była konieczna. Chwilę później Messi trafił piłką w słupek. Nie do końca wiadomo, czy wrzucał, czy strzelał. Głęboko cofnięty Real odważnie i pewnie powstrzymywał wirtuozów z Katalonii, czekając na kontry. W 9. minucie Barcelona oszalała, Camp Nou w ciągu sekundy zdarło sobie gardło do krwi, bo gola strzelił Xavi. Rozgrywający niespodziewanie zajął miejsce na szpicy, wykorzystał podanie Iniesty i pięknie przelobował bezradnego Casillasa. Real odpowiedział świetnym strzałem Di Marii, ale Valdes pewnie przeniósł piłkę nad poprzeczką. Chwilę potem Abidal pokusił się o strzał na własną bramkę, ale po raz kolejny na posterunku był bramkarz Barcelony. W 18. minucie stało się to, na co wskazywała nieco paniczna obrona „Los Blancos”. 2:0 po golu Pedrito. Świetną robotę wykonał „El Guaje”.
Real ciągle próbował, ale ciągle mu to nie wychodziło. Zaczęła się ostrzejsza gra w środku pola, kilka nieładnych fauli, dużo nerwowości. Przed golem na 3:0 „Królewskich”uchronił niezawodny Casillas. Potem Cristiano Ronaldo pokazał, że na miano dżentelmena nie zasługiwał, nie zasługuje i pewnie nigdy zasługiwał nie będzie. W 31. chamsko odepchnął Pepa Guardiolę, co wywołało szaloną reakcję dwóch najspokojniejszych graczy „Barcy”, czyli Iniesty i Valdesa. Obaj mieli w oczach mord, obu zatrzymywało po kilku kolegów. Co ciekawe, głównym rozjemcą po stronie Realu był Pepe, czyli człowiek, którego uważa się za największego brutala w zespole Madrytu. Ronaldo i Valdes dostali żółte kartki, chociaż dla dobra widowiska lepszy mógłby być czerwony kartonik dla Portugalczyka. Jakby w ramach rehabilitacji, „CR7” pięknie uderzył z rzutu wolnego, ale na nieszczęście dla niego piłka o centymetry minęła słupek bramki gospodarzy. Potem, o dziwo, Real zamknął „Barcę” w jej polu karnym. Wspaniałą pracę wykonywał tam jak zwykle Carles Puyol, dwukrotnie ratując swoją drużynę. Potem to samo zrobił Pepe, genialnie zatrzymując rozpędzonego Messiego wpadającego w pole karne Realu. Filigranowy Argentyńczyk pokazał też umiejętności aktorskie, bardzo średnie trzeba przyznać. Próbował wymusić czerwoną kartkę, ale sędzia nie dał się zastraszyć i podjął prawidłową decyzję.












