Kiedy katastrofa pojawia się raz, można ją wytłumaczyć i mówić o zwykłym wypadku przy pracy. Natomiast gdy ten sam scenariusz powtarza się ponownie w ciągu jednego roku, trzeba bić na alarm i rozważyć poważny problem. Barcelona padła ofiarą choroby, którą co prawda zdołano zdiagnozować, ale nie wyplenić. Ona zbiera swoje żniwa przecież nie od wczoraj i jak widać, trudno będzie się z niej wyleczyć.
Jeżeli zeszłoroczny mecz Barcelony w stolicy Włoch wypełnił ogromną czarę goryczy, to po wczorajszej katastrofie na Anfield nie ma już czego wypełniać. Kielich smutku i złości kibiców Blaugrany przybrał takie rozmiary, że musiał w końcu eksplodować. Ale czy można się temu dziwić, skoro Barcelona przeszła do historii Ligi Mistrzów jako przykład totalnej kompromitacji? Nie, jeśli aż dwukrotnie traci przewagę w postaci trzech bramek przed rewanżem i ostatecznie odpada. Powtórzę: jako jedyna w historii tych rozgrywek.
https://twitter.com/Energevo/status/1125970390046502913
Jak brzmi diagnoza? Barcelona nie radzi sobie z presją?
Nasz pacjent nie czuje się najlepiej, gdy musi wyjść z własnego podwórka. W roli ścisłości ustalmy, że podwórkiem jest Hiszpania, natomiast wszystko, co poza nią, jest obcym terenem. Fakty na niekorzyść sympatyków „Dumy Katalonii” są takie, że Barcelona w meczach wyjazdowych traci swój blask. I tak naprawdę jej udane pojedynki pucharowe poza własnym stadionem możemy policzyć na palcach jednej ręki. Choćby 3:1 z PSG, 2:0 z Arsenalem czy 2:1 z Manchesterem City. Cóż, to tyle z ostatnich pięciu lat.
Rzeczywistość jest katastrofalna, ale będzie tym gorsza, im mocniej zagłębimy się w statystyki. Otóż okazuje się, że po ostatnim zwycięskim sezonie Ligi Mistrzów w 2015 roku Barcelona tylko dwa razy wygrała spotkanie wyjazdowe w dwumeczu! Łączny bilans z czterech kampanii? 17 bramek straconych i trzy strzelone, co jak na zawodników tej klasy jawi się jako horrendum. I nie będę wspominał tutaj o trenerze, bo nieszczęsna passa powtarza się niezależnie od tego, kto w danej chwili stoi za steramy „Blaugrany”.
Rysuje nam się zatem obraz drużyny, która grając na obcym gruncie, wyłącza swoje najlepsze atuty. Na domiar złego niemoc pojawia się w najbardziej newralgicznych momentach, czyli w ćwierćfinałach i półfinałach. Wniosków wobec tej nieudolności możemy wytoczyć wiele, ale ja wymienię – moim zdaniem – kluczowe. Za murami Camp Nou Barcelona nie wytrzymuje ogromnej presji i za bardzo polega na rozstrzygnięciach z własnego podwórka. Mówiąc inaczej, słabo radzi sobie z wyjściem ze strefy komfortu.










