Barcelona rozgromiła Betis Sewilla 5:0, bohaterem spotkania był oczywiście Leo Messi, który skompletował hat-tricka. Mimo tak wyraźnej klęski, Betis pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie i nie zasłużył na brutalne lanie.
Pierwszy mecz łatwiejszej części drabinki Copa del Rey rozpoczął się punktualnie o 22:00. Wskazanie faworyta nie nastręczało nikomu problemów. Gdy gra Barcelona, faworyt jest tylko jeden, niezależnie od składu „Dumy Katalonii”. A skład Pep wystawił najmocniejszy. Zapewnienia, że mistrz nie zlekceważy drugoligowca, okazały się prawdziwe. Poza Valdesem i Abidalem, mieliśmy do czynienia z katalońską „once de gala” – żelazną jedenastką.
Przed meczem Barcelona pochwaliła się swoim magicznym tercetem. Messi się cieszył, Iniesta i Xavi też nie wyglądali na smutnych. Katalonia chwali się swoimi orłami i słusznie – każdy wie, że jest czym.
Barcelona zaczęła klasycznie – od powolnej i niepokojącej rywala klepki. Już w 3. minucie Katalończycy oddali pierwszy celny strzał. Mało brakowało, by Messi dopadł do wybitej przez Casto futbolówki. Nieco ponad minutę później Ruben próbował pokonać Pinto – oczywiście się nie udało. Pokonywanie bramkarza „Barcy” nie jest takie proste. W 8. minucie Messi po raz pierwszy, oczywiście nie ostatni, próbował ośmieszyć obronę Betisu. Potem chciał tego dokonać również Dani. Następnie Maxwell do spółki z Villą (wredny słupek stał w złym miejscu). Betis bronił się mądrze i agresywnie. Nikt nie odstawiał nogi. Obrona dowodzona przez weterana, Arzu, spisywała się przez pierwsze minuty nadzwyczaj solidnie. Również ofensywa przyjezdnych nie była całkowicie bierna. Prosty kontratak, szybkie podania i w 21. minucie kibice na Camp Nou mogli stracić dobry humor. Molina jednak w bramkę nie trafił. Dwie minuty później Messi przypomniał sobie i całemu światu, dlaczego to on ma w domu nad kominkiem Złotą Piłkę. Przyjął futbolówkę klatką piersiową, jednocześnie zgubił obrońcę i potężnym wolejem posłał piłkę w stronę bramki rywala. Trafił w Casto. Szkoda, bo byłby to piękny gol. W ciągu całej pierwszej połowy bramkarz Betisu obronił kilka piłek, których po prostu nie powinien bronić. Kilka razy świetnie interweniował też Pinto. Gdy już wydawało się, że Betis będzie kolejną drużyną, która, przynajmniej na 45 minut, zatrzyma Barcelonę, sprawę w swoje nogi wziął boski Leo i pięknym technicznym strzałem pokonał Casto. Asysta oczywiście Iniesty. Minutę później Ruben atomowym strzałem trafił w poprzeczkę – Pinto nawet nie drgnął. Bramka Barcelony nie zdążyła przestać się trząść, a sędzia zakończył pierwszą część spotkania.

Drugą połowę od mocnego uderzenia rozpoczął Betis i tylko dzięki kunsztowi Jose Pinto Barcelona wyszła z opresji bez szwanku. Potem wszystko wróciło do normy. Miejscowi zamknęli gości z Sewilli na ich połowie i spokojnie starali się wejść z piłką do bramki, jednak obrona podopiecznych Pepe Mela była niebywale szczelna. Szczególnie stoperzy – Arzu i Roque – grali po profesorsku. Ale nawet taka gra na nic się zdaje, gdy po murawie biega Leo Messi. Argentyńczyk po prostu objechał defensywę rywala, strzelił, Casto obronił, więc strzelił jeszcze raz. Trafił i zrobiło się 2:0. Szybko mogło zwiększyć się na 3:0, ale Messiemu zabrakło kilkunastu centymetrów wzrostu. Betis się nie poddał, ciągle wyprowadzał kontry – kontry naprawdę świetne, każda przyspieszała rytm serca defensywy Barcelony. Ale to ciągle „Duma Katalonii” przeważała totalnie. Poza bezbarwnym Davidem Villą i lekko przygaszonym Xavim, wszystkie gwiazdy Guardioli świeciły jasno. Hernandez, nawet lekko przygaszony, potrafi grać genialnie. To właśnie po jego podaniu Messi skompletował hat-tricka. Działo się to na kwadrans przed końcem. Dosłownie kilka chwil później najlepszy piłkarz świata wyszedł po raz kolejny sam na sam z Casto. Pojedynek przegrał, ale i tak był zadowolony, bo w międzyczasie cały stadion wesoło skandował jego nazwisko. Potem zrobiło się 4:0. Dani Alves któryś już raz w tym sezonie nie strzelał w doskonałej okazji. Podał do Pedrita Rodrigueza. Wspaniałe było to, że Betis nawet z takim bagażem goli z werwą atakował. Ale bramkę zdobyła znów Barcelona. Asysta Iniesty, strzał głową Keity, który kilkanaście minut wcześniej zmienił Villę.











