Atletico Madryt jest w kryzysie. Nie ma co do tego wątpliwości. Wystarczy rzut oka na tabelę ligi hiszpańskiej i wszystko widać jak na dłoni. Dopiero 6. miejsce i aż 12 punktów straty do liderującego Realu. Projekt „banda Simeone” wydaje się umierać.
Żelazna defensywa?
To właśnie ona była jednym ze znaków rozpoznawczych „Rojiblancos” pod wodzą Cholo. Już w pierwszym pełnym sezonie pracy Argentyńczyka jako szkoleniowca Atletico zostało drużyną, która straciła najmniej goli w lidze. Co prawda był to jeszcze wynik dość zwyczajny, bo mówimy o 31 bramkach. Jednak praktycznie z każdym kolejnym sezonem wynik ten był przez „bandę Simeone” śrubowany. W mistrzowskim sezonie 2013/2014 stracili 26 goli, rok później było odrobinę gorzej – 29 bramek (drugi rezultat w lidze, po Barcelonie). Poprzedni sezon to wynik, przy którym ręce same składają się do oklasków – 18 goli straconych w 38 spotkaniach, z czego aż 24 z nich Atletico kończyło z czystym kontem. Poskutkowało to tym, że Jan Oblak – bramkarz „Rojiblancos” – pod względem średniej goli puszczanych na mecz zbliżył się do nieosiągalnego Manuela Neuera. Simeone miał zdolność takiego ustawienia swojej drużyny, by osiąganie sytuacji strzeleckich przeciwko Atletico graniczyło z cudem. I trzeba zaznaczyć, że czynił to, mimo że rokrocznie jego zespół opuszczało kilku zawodników. W ich miejsce przychodzili nowi, a Cholo potrafił wszczepić im DNA Atletico – DNA, którym jest skuteczna i ofiarna gra w obronie. Dotyczy to jednak nie tylko obrońców, lecz zawodników wszystkich formacji.
I tu dochodzimy do meritum. Coś się w Atletico popsuło. I nie wskazuje na to jedynie pozycja w tabeli La Liga. Jeśli spojrzymy na rubryczkę „gole stracone”, również możemy się zdziwić. Oto „Atleti”, które w całych poprzednich rozgrywkach straciło 18 goli, w tym momencie sezonu, czyli po 15 spotkaniach, ma aż 14 wpuszczonych bramek. Wciąż jest to jeden z najlepszych wyników w lidze – mniej, bo dziesięć, ma Villareal, a tyle samo odwieczny rywal – Real. Barcelona straciła o jedną bramkę więcej. Jeśli jednak porównamy te 14 goli na tym etapie sezonu z tym, do czego „Rojiblancos” nas przyzwyczaili, zauważymy ogromną dysproporcję. A łatwiej nie będzie. Jan Oblak doznał w meczu z Villarealem kontuzji, która wyklucza go z gry na trzy, cztery miesiące. Fakt, że Atletico traci w tym sezonie tak dużo bramek, jest zastanawiający, gdyż linia obrony nie uległa żadnym zmianom. W momencie gdy Simeone ma do dyspozycji wszystkich graczy, linię defensywną stanowią: Filipe Luis, Godin, Savić i Juanfran, czyli czwórka, która grała przez większość poprzedniego sezonu. A może to właśnie w braku świeżej krwi należy szukać przyczyn słabości Atletico?
Świeża krew, dobra krew?
Spójrzmy na mistrzowski sezon 2013/2014. Thibaut Courtois, Miranda, Raul Garcia, Diego Costa, David Villa, Diego, Adrian Lopez, Cristian Rodriguez, Toby Alderweireld, Arda Turan. To tylko część graczy, których już w Atletico nie ma. Kolejny sezon? Siquieira, Mandżukić. Jestem świadomy, że nie wszyscy oni odeszli w tym samym momencie, jednak wymiana krwi była w Atletico niemal corocznym rytuałem. Z drużyny odchodzili ważni zawodnicy, a w ich miejsce przychodzili nowi, głodni sukcesów, podatni na wpływ Simeone i nakazywany im styl walki o każdą piłkę do upadłego. Ta świeżość i waleczność nowych wyzwala w zawodnikach, którzy w „Atleti” byli dłużej, wolę i konieczność walki o miejsce w składzie. Ta maszyna sama się napędzała. Taki był styl prowadzenia drużyny przez Cholo.











