Artur Trębacz: Nie chcę mówić o korupcji, ale to wygląda jak układ towarzyski (WYWIAD)


Awantura o awans do 2. ligi na linii Hutnik Kraków – Motor Lublin trwa. Stronę poszkodowaną reprezentuje Artur Trębacz, prezes Hutnika, z którym porozmawialiśmy o obecnej sytuacji

19 maja 2020 Artur Trębacz: Nie chcę mówić o korupcji, ale to wygląda jak układ towarzyski (WYWIAD)
www.nh2010.pl (Artur Trębacz, po lewej; Stanisław Moryc po prawej)

Echo tej sprawy z pewnością nie zamilknie na długie lata, jeśli Hutnik Kraków straci możliwość awansu do 2. ligi na skutek decyzji podjętej przy zielonym stoliku. Klub ze stolicy Małopolski u boku swojego najgroźniejszego rywala, czyli Motoru Lublin, znalazł się w sytuacji, która przypomina niechlubne dla piłki nożnej w Polsce czasy rodem z lat 90. Wówczas sportowa rywalizacja była owita mackami korupcji i o ile Artur Trębacz, prezes 70-letniego Hutnika, stara się unikać słowa "oszustwo", o tyle nie boi się powiedzieć "patologia". Jego zdaniem wiele spraw nie odbywa się tak, jak powinno. Na czele ze skradzionym awansem.


Udostępnij na Udostępnij na

– Czarny scenariusz? Myślę, że moglibyśmy mówić o grubych milionach straty – powiedział po chwili zastanowienia Artur Trębacz, który nie wyobraża sobie rzeczywistości bez awansu lub chociaż szansy na jego przypieczętowanie na boisku. Co ważne, awansu, którego ekipa z Krakowa była pewna jak wiosennego słońca na niebie. Jednak gdy ostatni bastion bez żadnej decyzji co do jego przyszłości, czyli 3. liga, oficjalnie padał w kolejnych grupach, krakowscy działacze, zamiast przygotowywać się do fetowania, musieli szykować się na wojnę prawną z Motorem Lublin. Motorem, który zwiastował nadejście kłopotów.

Kłopot dla Hutnika się pojawił. Co prawda jeden, ale za to w ogromnej skali. Lubuski klub za decyzją Lubuskiego Związku Piłki Nożnej (akurat odpowiedzialnego w tym sezonie za rozgrywki 3. ligi IV grupy) uzyskał awans do 2. ligi, mimo że w oficjalnej tabeli był wiceliderem za plecami rywali z Krakowa. Kluczowym aspektem dla tego wydarzenia okazała się interpretacja przepisów przez szefów LZPN-u, która premiuje zespół z ich województwa (szczegóły omawiane poniżej). Artur Trębacz na wieść, że coś takiego ma miejsce, nie krył oburzenia i od kilku dni nie szczędzi słów na łamach mediów. – Zaczęła się interpretacja regulaminu i naciąganie go jak kołdrę na swoją stronę – powiedział w niniejszym wywiadzie.

 

Panie Prezesie, jak zdrowie?

Nie ukrywam, że jestem zmęczony już całą tą sytuacją, ale nie jest źle. Poza zmęczeniem psychicznym i fizycznym nie najgorzej, dziękuję.

Zacznę nietypowo, bo od tego, co miało wydarzyć się w marcu. Wówczas Hutnik Kraków planował obchodzić swoje 70-lecie, co niestety powstrzymał początek pandemii koronawirusa w Polsce. Dzisiaj, czyli dwa miesiące później, raczej się Pan Prezes nie spodziewał, że Hutnik otrzyma kolejny cios, tym razem o wiele potężniejszy. Co Pan teraz czuje?

Tak jak pan wspomniał, tuż przed rozpoczęciem naszej uroczystej gali, którą organizowaliśmy, żeby uczcić ten okrągły jubileusz, wybuchła pandemia. Planowaliśmy różne działania, ale skończyło się, jak się skończyło, czyli tym, co nas dzisiaj interesuje – zamknięciem rozgrywek piłkarskich. Szczerze mówiąc, to były dwa miesiące czekania i niepewności. W zasadzie od samego początku nie było wiadomo, jak nasza tabela się kształtuje, bo zaczęły się przepychanki, domniemania itd. Dla nas to było dziwne, bo zakładaliśmy, że kończymy sezon albo go wznawiamy. I że jesteśmy na pierwszym miejscu.

Cały czas liczyliśmy na to, że ruszymy z rozgrywkami i nawet jakoś specjalnie nie analizowaliśmy naszej sytuacji, ponieważ była ona jasna. Ale im dalej sytuacja epidemiologiczna w Polsce się rozwijała, tym większe zaczęło być zagrożenie prowadzące do faktu, że rozgrywki nie zostaną zakończone. Wtedy… zaczęły pojawiać się schody. Motor Lublin i LZPN wyczuli, że w wyniku przedwczesnego zakończenia sezonu po raz kolejny nie uda im się awansować do ligi wyższej, który to cel mają obrany jako nadrzędny od kilku lat. A co potem – wiadomo.

Zaczęła się interpretacja regulaminu i naciąganie go jak kołdrę na swoją stronę. My już wtedy, czując pismo nosem, zaczęliśmy robić ruchy ku temu, by udowodnić swoje racje. Zaangażowaliśmy cztery niezależne kancelarie prawne do tego, aby wydały opinie. Dla nas interpretacja przepisów od razu była czytelna, ale jednak chcieliśmy oparcia w rzetelnej analizie. Wszystkie podmioty jednoznacznie stwierdziły, że prawo jest jedno i inaczej interpretować się go nie da. Pomimo tego, że w regulaminie mamy zapis „spotkań”. W punkcie, w którym mowa o równej liczbie punktów między drużynami, jako pierwszy decyduje wynik bezpośrednich spotkań.

https://twitter.com/Piotrowicz17/status/1261719505518067718

Jest to punkt, który wzbudził największe kontrowersje. LZPN najpierw twierdził, że chodzi o słowo „dwóch”, kiedy w przepisach nie ma mowy o dwóch meczach bezpośrednich. Jest po prostu użyta liczba mnoga, ale ona odnosi się również do wielu innych kwestii zawartych w regulaminie. W zasadzie wszystkie przepisy są zapisane w liczbie mnogiej, co jest często spotykaną formą zarówno w regulaminach, jak i sytuacjach potocznych. O, na przykład kwestia alkoholu, gdzie mamy „osobom nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy”. Albo „dzieci poniżej pięciu lat wchodzą na stadion za darmo”. Nie chodzi przecież o to, że jak jest jedno dziecko, to musi płacić.

To często spotykana i utarta już forma zapisu. Zarówno dla nas, jak i prawników – czytelna. Dlatego cały czas będziemy się upierać, że jesteśmy na pierwszym miejscu, co zresztą potwierdzała tabela po 18 kolejkach opublikowana przez LZPN. Obowiązująca i zweryfikowana, pod którą podpisał się sam przewodniczący wydziału gier LZPN. Widać, że sami sobie zaprzeczyli. Niestety mimo wszystkich rzeczowych argumentów, które mieliśmy w swoich rękach, LZPN na przekór wszystkiemu postanowił zmienić regulamin podczas „trwania sezonu”.

Choć oni oczywiście twierdzą, że to tylko uchwała, która została podjęta 16 maja. Ona obliguje organ prowadzący rozgrywki do tego, aby klasyfikować zespoły na podstawie różnicy bramek, a nie meczów bezpośrednich. Natomiast ta uchwała zmienia regulamin. Regulamin, który jest czytelny. Jest to jego nowo wprowadzona interpretacja, dlatego nie można mówić, że to tylko uchwała, a przepisy pozostały bez zmian. Mimo że to tak zostało nazwane.

Czy dobrze zrozumiałem, że przez prawie dwa ostatnie miesiące do Hutnika nie dochodziły sygnały, że „coś się szykuje”?

Generalnie to wszystko narastało. Nie jest tak, że my pewne ruchy zaczęliśmy wykonywać dopiero teraz. Opinie prawne już dobrych kilka tygodni temu zleciliśmy do opracowania, bo wtedy powoli zaczynało się całe zamieszanie i musieliśmy zareagować. Dla mnie też niepojęte jest, że LZPN przez dwa miesiące nie potrafił wskazać, kto rzeczywiście jest na pierwszym miejscu. Gdyby cokolwiek było wiadome już wcześniej, mielibyśmy czas, żeby podjąć odpowiednie kroki. Więcej czasu do wznowienia nowego sezonu, żeby pewne sprawy sobie wyjaśnić… Ale merytorycznie! Rozjaśnić wspólnie wszystkie zawiłości prawne, które ewentualnie obie strony biorą pod uwagę. Wtedy pewnie ta decyzja nie byłaby odbierana tak nerwowo, jak jest odbierana w tym momencie.

Widać, że nasze stanowisko jest w zasadzie powielanie przez niemal wszystkich. Nie ma chyba mediów w Polsce, które przytakiwały LZPN-owi, co pokazuje, że ta sprawa jest jasna. Wiadomo, że media lubią drążyć tematy i szukają sensacji. Gdyby była tutaj jakaś duża kontrowersja, obozy byłyby podzielone, ale w tym przypadku to się nie dzieje.

Czuję w Pana głosie bojowość i chęć walki o odzyskanie awansu do samego końca. Tyle że mówimy raczej o walce w biurach i sądach, ale co, gdyby pojawiła się opcja pozwalająca rozwiązać tę sprawę na boisku? Byłby Pan Prezes gotów przyjąć taką opcję np. za kilka dni?

My od początku twierdziliśmy, że jedyną, jedyną (!), rozsądną opcją jest zakończenie sprawy na boisku. Innej nie ma. Załatwianie tego po gabinetach zawsze będzie budziło niesmak. Podpisaliśmy zresztą deklarację Wisły Puławy, która wyraża chęć dokończenia rozgrywek. Wolelibyśmy jednak dokończyć cały cykl, a nie rozgrywać baraż, bo tutaj może zadecydować przypadkowa wielu zmiennych. Jeden mecz bez głębszego przygotowania… Byłaby to loteria.

Widzimy szansę na dokończenie sezonu pod warunkiem podzielenia tabeli na te kluby, które realnie mają szanse na awans. Powiedzmy, że mogłaby to być pierwsza szóstka. Mielibyśmy do dyspozycji cały czerwiec i przykładowo pięć meczów do rozegrania. Jest to realne.

Pół żartem, pół serio… Czy choć przez moment przeszła przez Pana głowę myśl, że awans Motoru przy tzw. zielonym stoliku to powrót do polskiego futbolu z lat 90.? 

To kojarzy się jednoznacznie i powiem szczerze… Miałem nadzieję, że wyszliśmy już z okresu piłki partyzanckiej, załatwianej pokątnie, w restauracjach itd., kiedy ostateczne wyniki różniły się od tego, co działo się na boisku. Jest to dziwne. Nie chcę mówić o korupcji, ale to wygląda jak układ towarzyski na zasadzie „ktoś – coś – z kimś”, gdy sprawy nie są załatwiane według ogólnej i czytelnej interpretacji regulaminu, a na zasadzie powiązań i korzyści. Korzyści sportowych, które drużyna bliższa czyjemuś sercu może odnieść.

A co Pan sądzi o obecnych zasadach zarządzania rozgrywkami 3. ligi? Osobiście mam takie wrażenie, że obecna sytuacja obnaża dotychczasowe zasady typu „każdy organ robi, co chce”. Albo że kluczową decyzję podejmuje akurat związek, który naturalnie naraża się na oskarżenia o stronniczość.

To dla mnie sytuacja patologiczna. Generalnie co roku wypływają takie sytuacje, w których można domniemywać, że jakieś wpływy są, bo ten a nie inny związek akurat prowadzi rozgrywki. Moim zdaniem nie jest to dobre rozwiązanie. Do tego powinna zostać stworzona rada i wspólne stanowisko wszystkich czterech związków. Albo związki bezpośrednio zainteresowane w tego typu sprawę powinny być wyłączane, by pozostałe mogły podjąć decyzję. Obecne rozwiązanie niestety rodzi patologie i będzie je rodziło w przyszłości, jeśli wszystko zostanie po staremu.

Czyli Pana rozwiązaniem jest stworzenie wspólnoty i brak podziałów.

Tak. Każdy ma po jednym głosie, a przy ewentualnym „remisie” głos decydujący ma organ, który prowadzi rozgrywki. Byłoby to na pewno rozwiązanie bardziej sprawiedliwe. Uważam, że przy takiej sprawie jak nasza mimo wszystko powinniśmy zaangażować PZPN. On się od tego odcina…

Przepraszam, że przerwę. O to właśnie chciałem teraz zapytać, czyli działania PZPN-u w ostatnich dniach czy nawet tygodniach. Jak by Pan je ocenił? W mediach pojawia się ogrom głosów, że PZPN patrzy na tę sytuację jedynie z boku i umywa ręce. 

Niestety można odnieść takie wrażenie. My nie mamy żadnego kontaktu z PZPN-em od momentu ogłoszenia decyzji przez LZPN. Nikt z nami się nie kontaktował, a informacje napływające z różnych stron wskazują, że PZPN raczej nie będzie chciał podejmować żadnych kroków. Związek twierdzi, że prowadzącym naszych rozgrywek jest LZPN, ale nie zapominajmy, że PZPN jest przecież najwyższym organem piłki nożnej w Polsce. Według mnie odpowiada on za całą polską piłkę i nie może być tak, że nie interesują go sprawy niższych lig, które mają niemały wpływ – oczywiście pośredni – również na piłkarstwo zawodowe na najwyższych szczeblach.

I chciałbym jeszcze nawiązać do Motoru Lublin. Spodziewał się Pan innego stanowiska z jego strony? Kiedy sprawa awansu trafiła już na stołek 

Myślę, że stanowisko Motoru z góry było jasne. Trzeba mieć na uwadze, że działacze z Lublina walczą o swoje…

Może zabrakło swego rodzaju partnerstwa…

Pewnie tak, bo nikt z Motoru się z nami nie kontaktował, choć my teoretycznie też nie, więc nie możemy im tego zarzucić. Każdy rozgrywał sprawę w swoim interesie i imieniu. Natomiast cieszą mnie reakcje innych podmiotów, a mówię np. o kibicach Motoru, którzy zgłaszają się do naszego klubu. Dużo e-maili otrzymujemy z przekazem, że ten awans im się po prostu nie podoba. Oni się z takiego awansu nie potrafią cieszyć, ale trudno się dziwić, bo to jest sytuacja, która może ciągnąć się za klubem przez wiele lat.

Klub ma swoją historię, a w niej trudne chwile. Np. kwestia fuzji, która do dziś jest im wypominana. Teraz dojdzie jeszcze kolejny taki zgrzyt na kartach historii, których kibice zdecydowanie nie lubią. Kibice wolą, żeby takie sprawy były wyjaśniane na boisku. To się da wyraźnie odczuć, kiedy patrzymy na informacje płynące z Lublina.

Na koniec muszę zapytać o scenariusz bez szczęśliwego zakończenia. Zakładając, że Hutnik jednak nie odzyska awansu, potrafi Pan określić straty, jakie klub może ponieść? One mogą być duże? 

Musiałbym do tego usiąść, żeby wszystko precyzyjnie wyliczyć, ale choćby teraz w głowie pewne kwestie mogę wymienić. Będziemy się o straty upominać, bo na pewno nie będzie tak, że weźmiemy je na klatę. One są bardzo wymierne. Sam remont stadionu, który mieliśmy już dogadany z zarządem infrastruktury sportowej i miastem. Stadion miał być dopasowany do wymogów licencyjnych w 2. lidze. To pieniądze rzędu 3 mln złotych, z czego monitoring to 1,5 mln.

Trzeba też wziąć pod uwagę wszelkie profity idące z gry młodymi zawodnikami, których już mieliśmy na poziomie 3. ligi. W 2. lidze mielibyśmy pewnie spore szanse na duże kwoty z Pro Junior System, które obracają się już wokół milionów. Inna też jest kwota z funduszu solidarnościowego, czyli pieniędzy, które zostały zabezpieczone przez PZPN dla klubów z racji obecności pandemii. Mają one zostać wypłacone po zakończeniu sezonu i wiadomo, że inny pułap jest dla klubów trzecioligowych, a zupełnie inny dla drugoligowych.

Kolejna kwestia to nasi sponsorzy, którzy przygotowali pulę pieniędzy dla zawodników z okazji awansu do 2. ligi. To duża gotówka, która zapewne nie zostanie spieniężona. Wchodzą też w grę sponsorzy, którzy zadeklarowali zwiększenie swojego wkładu finansowego w klub od nowego sezonu, jeśli awansujemy… Te składowe można mnożyć i myślę, że moglibyśmy mówić o grubych milionach.

Czyli można powiedzieć, że w ostatnim czasie Hutnik był w 2. lidze nie tylko mentalnie, lecz także finansowo.

Dokładnie tak. O to graliśmy i to też zapowiadaliśmy. Że naszym celem jest awans do 2. ligi w czasie jubileuszu, czyli 70-lecia klubu. Wszystko się fajnie spinało i uważam, że mieliśmy przed rundą rewanżową naprawdę mocną drużynę, żeby to osiągnąć. Wzmocniliśmy ją i dodatkowo uzupełniliśmy, żeby dać sobie szansę na walkę. A czybyśmy awansowali w wyniku sportowej rywalizacji? Tego nie wiemy. To sport, w którym może wydarzyć się wszystko. To piękna dyscyplina, w której jak równy z równym możemy walczyć z Motorem o mistrzostwo. Z Motorem, który ma od nas zdecydowanie większy budżet, nie ma czego porównywać.

Natomiast jak widać, kwestia budowania drużyny i zarządzania nią jest bardzo istotnym czynnikiem w ustalaniu kolejności miejsc na koniec sezonu. Gdyby Motorowi z dużym budżetem nie udało się awansować, zarówno klub, jak i LZPN musiałyby obejść się smakiem. Gdyby nie ta interwencja związku… A jak zakończy się cała sprawa? Tego dzisiaj nie wiem i pewnie nikt nie wie. W tej chwili próbujemy się odwołać, bo mamy na to niewiele czasu. I tutaj też to jest dziwne, że nie ma jasnej ścieżki odwoławczej. To jest jakaś patologia, bo prawnicy nawet między sobą dyskutują, gdzie mamy się odwołać.

A opcja, która pojawiła się w obiegu medialnym, żeby odwołać się do prezydenta Lublina, właściciela Motoru… Szkoda czasu i nieporozumienie. Będziemy jednak zgłaszać się do organów, które będą mogły zmienić decyzję co do awansu na prawidłową.

Życzę Panu, żeby ta sprawa rozwiązała się jak należy, choć o boiskowym rozstrzygnięciu chyba trudno na razie mówić. Od siebie dodam jeszcze, że dziwi mnie powoływanie się na punkt mówiący o bilansie bramkowym, kiedy mowa w nim o rozegraniu całego cyklu rozgrywek. To trochę niesprawiedliwe, bo mówimy przecież np. o wyjęciu połowy sezonu.

Właśnie! Tutaj jeszcze dopowiem, że jeśli bierzemy pod uwagę bilans bramek, warto byłoby popatrzeć na dodatkowe kryteria. Żeby to było rzetelne, mecze domowe i wyjazdowe musiałyby zostać rozegrane z przeciwnikami o podobnej klasie. Co więcej, my mamy dziesięć meczów, które rozegraliśmy na wyjazdach, a tylko dziewięć u siebie. Motor odwrotnie. Wiadomo, że trochę łatwiej gra się na własnym podwórku. Poza tym w rundzie rewanżowej rozegraliśmy mecz z Wólczanką, który nas wykrwawił. Terminarz tak się ułożył, że zagraliśmy z ekipą samej czołówki, walczącą o awans. Zremisowaliśmy spotkanie, co spowodowało, że Motor dogonił zarówno nas jak i Wólczankę. Gdybyśmy mieli inne, bardziej korzystne rozstawienie na początku rundy rewanżowej, Motor byłby być może nawet na 3. pozycji.

Motor miał łatwiejszych przeciwników i zdobył sześć punktów, a my musieliśmy bić się z kandydatem nawet do mistrzostwa, wiedząc, że za plecami czai się Motor i ktoś z dwójki Hutnik – Wólczanka straci punkty. Remis spowodował, że my dzisiaj o tej sytuacji w ogóle mówimy. Nie jest to sprawiedliwe i trzymałbym się regulaminu, który jasno mówi, że jeśli cykl rozgrywek został zakończony, liczymy mecze bezpośrednie. Mecz bezpośredni był tylko jeden, bo cykl się nie dopełnił? Okej, to w takim razie nie liczymy też bilansu bramek, bo on też dotyczy całego cyklu, jakim jest rozegranie kolejek z tymi samymi rywalami.

Hutnik Kraków: ambicje oparte na zdrowych fundamentach

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze