Artmedia Petrzalka – od zera do bohatera i z powrotem


Od Ligi Mistrzów, przez upadek i odbicie się od dna

4 lutego 2019 Artmedia Petrzalka – od zera do bohatera i z powrotem

Petrzalka – biedna dzielnica mieszkaniowa Bratysławy. Blok na bloku, mieszkanie pod mieszkaniem. Jeden z najgęściej zaludnionych obszarów w Europie. Pośród ton wylanego betonu zrodziła się tutaj namiastka wielkiego futbolu – klub piłkarski Artmedia Petrzalka. Wczoraj przebojem drużyna weszła do fazy grupowej Ligi Mistrzów, dzisiaj tuła się po peryferiach słowackiej piłki.


Udostępnij na Udostępnij na

Kaprys milionera

Kim jest Ivan Kmotrik? Jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi na Słowacji. Taki słowacki Roman Abramowicz – w takich słowach w wywiadzie dla „Przeglądu” biznesmena zza południowej granicy charakteryzuje bramkarz Lecha Poznań, Martin Putnocky.

Kmotrik to naprawdę prawdziwy boss. W końcu nie bez powodu rodacy nazywają go „Małym Ojcem Chrzestnym” bądź „Człowiekiem, który ma w posiadaniu całą Słowację”. Swój niemały majątek zgromadził w latach 90. podczas reprywatyzacji spółek państwowych. Dokładnie wtedy Kmotrik wykupił część udziałów w firmie Grafobal, która z biegiem czasu pod jego panowaniem, stała się prawdziwym europejskim potentatem w dziedzinie poligrafii.

Niebagatelny sukces w przemyśle drukarskim sprawił, że „Mały Ojciec Chrzestny” postanowił spróbować szczęścia w innych gałęziach gospodarki. Tym sposobem imię i nazwisko „Ivan Kmotrik” stale przewija się, zaczynając od usług zdrowotnych, rolnictwa, żywności, mediów, przez przemysł lotniczy, energetykę, działalność deweloperską, na sporcie kończąc.

Dość wspomnieć, że Kmotrik nie próżnuje w zakresie polityki. Gdy na początku wieku obejmował telewizję TA3, szybko zwęszył korzyści, jakie wynikają z jej posiadania. Najpierw środek masowego przekazu wykorzystywał do własnych celów, by później – jak to się dzisiaj ładnie mówi – robić PR przyszłemu premierowi Słowacji, Roberto Fico. Cel został osiągnięty – lider słowackich socjaldemokratów utrzymał się na stołku przez dziesięć pełnych lat.

Mimo ogromnych wpływów, jakie bez cienia wątpliwości w zasadzie wszędzie posiada, Kmortik znany jest przede wszystkim ze swojej działalności sportowej, a będąc dokładniejszym, jako jeden z architektów sukcesów Artmedii Petrzalka. Od 1993, kiedy to objął stery nad jednym z najstarszych klubów Słowacji, nie inwestował w drużynę bajońskich sum i tym bardziej nie szastał pieniędzmi na lewo i na prawo. Nigdy nie miał zamiaru zarabiać na futbolu – Kmotrik piłkę traktował jako swego rodzaju zabawę.

Artmedia wraz ze zmianą właściciela uzyskała, jakże ważną, płynność finansową. Co rok Kmotrik inwestował w klub około jednego miliona dolarów. Na pierwsze poważne sukcesy biznesmen musiał czekać – bagatela! – jedenaście lat. W 2004 roku bratysławski klub, z Vladimirem Weissem na trenerskim stołku, sięgnął po krajowy puchar. Obaj panowie, Kmotrik i Weiss, stworzyli idealny tandem – pierwszy za skromne kwoty dostarczał zawodników pasujących pod względem charakterologicznym do koncepcji drugiego, który wyciskał z nich maksimum możliwości.

Cud nad Dunajem

Pierwsze trofeum od czasów zaprzeszłych było preludium do złotej epoki w historii Petrzalki. Ligową kampanię Artmedia, pomimo braku wielkich nazwisk i skromnego budżetu, po prostu wciągnęła nosem, dystansując rywala zza między – stołecznego Slovana. Nieoczekiwane zwycięstwo w krajowych rozgrywkach oznaczało start w kwalifikacjach do prestiżowej Ligi Mistrzów.

Los podopiecznych Weissa w pierwszej rundzie skojarzył z Kajratem Ałmaty. Kazachowie szybko ściągnęli sensacyjnego mistrza na ziemię – pierwszy mecz i 0:2 w plecy. W rewanżu Słowacy wykazali się nadludzką determinacją i wolą walki. Zwycięstwo 3:1 po dogrywce dało im promocję do gry w dalszych fazach eliminacji.

Fortuna nie okazała się dla Artmedii łaskawa. W drugiej rundzie kwalifikacji ich przeciwnikiem został ówczesny wicemistrz Szkocji – Celtic Glasgow. Co ciekawe, barwy Celtów w tamtym czasie przywdziewali dwaj reprezentanci Polski: Maciej Żurawski i Artur Boruc.

„Z jednej strony my, mały słowacki klub z budżetem w wysokości miliona euro. Z drugiej bogata historia, w składzie Chris Sutton, John Hartson, czyli byłe, ale wciąż groźne gwiazdy Premier League. W Szkocji pewnie myśleli, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Nie docenili, że my też mamy waleczne serca” – opowiadał w rozmowie z Czeskim Futbolem Vladimir Weiss.

To, co wydarzyło się 27 lipca 2005 roku, na zawsze przeszło do historii słowackiego, i nie tylko, futbolu. Skazywana na pożarcie Artmedia wygrała 5:0. Pięć do zera. Wynik nieprawdopodobny. Dawid pokonał Goliata. Hat-trickiem popisał się, uznawany wówczas za niemały talent, Juraj Halenar. Koniec końców nie zrobił aż takiej kariery, jaką mu wróżono – w narodowych barwach wystąpił zaledwie trzy razy. W czerwcu ubiegłego roku jego ciało znaleziono w jednym z bratysławskich parków. Halenar popełnił samobójstwo.

Ze wspomnianym meczem wiąże się inna, znacznie mniej tragiczna historia. Bramki Szkotów bronił niejaki David Marshall – nadzieja szkockiej piłki. Młody bramkarz, co tu dużo mówić, nie popisał się i w dużym stopniu przyczynił się do blamażu Celticu. W rewanżu Gordon Strachan postawił na nowy nabytek klubu, Artura Boruca. Od tamtej pory miejsca w bramce nie oddał już nikomu.

„Zaraz po pierwszym meczu czuliśmy się jak mistrzowie świata. Rozbiliśmy wielki Celtic 5:0. W rozmowach żartowaliśmy, że w rewanżu jeszcze im pokażemy. Oczywiście im bliżej było rewanżu, tym byliśmy ostrożniejsi w przewidywaniach” – mówił w rozmowie z Czeskim Futbolem obrońca Artmedii, Ondrej Debnar.

Ci, którzy myśleli, że rewanż będzie czystą formalnością i Celtic nie podejmie rękawicy, grubo się mylili. Choć drużyna prowadzona przez Strachana nie mogła rozgrywać meczu na własnym stadionie (Celtic Park był w tym czasie areną zmagań Igrzysk Wspólnoty Narodów), to obiekt w Edynburgu pękał w szwach i wręcz niósł „gospodarzy”.

„Z reprezentacją Słowacji występowałem w mistrzostwach świata, grałem w Anglii, mierzyłem się w Turynie z Juventusem, ale nigdzie nie widziałem takiego kotła, jaki zrobili kibice Celticu” – komentował dla CF Jan Kozak, pomocnik Artmedii.

„Doskonale wiedziałem, że rywal wściekle zaatakuje nas od początku. Ale wbijałem piłkarzom do głów, że bez względu na wszystko, musimy grać swoje. Mówiłem: >>Stracimy bramkę? Nic się nie stanie. Dalej próbujemy utrzymywać się przy piłce, rozgrywać ją po ziemi i staramy się strzelić gola<<. Oczywiście w końcówce, przy stanie 0:4, nie było o tym mowy i nie mogłem mieć do chłopaków pretensji” – kontynuuje Weiss.

Celtic od początku spotkania rzucił się do szaleńczego odrabiania strat. Gdy w 82. minucie Craig Beattie podwyższył prowadzenie na 4:0, zrobiło się naprawdę nerwowo – i dla jednych, i dla drugich.

Weiss: „Ostatnie osiem minut to jakiś kosmos”. Debnar: „Końcówka meczu? Nie czułem się wyczerpany fizycznie. Bardziej psychicznie. Pod tym względem to było wyjątkowe spotkanie. Chyba nie brałem udziału w podobnym”. Kozak: „Czuliśmy się, jakby cały świat był przeciwko nam. Szkoci na nas siedzieli, kibice ich nieśli”.

Wytrzymali. Sensacja stała się faktem. Artmedia Petrzalka okazała się lepsza w dwumeczu o jedną bramkę. „To było trudne spotkanie pod względem mentalnym. Trudniejsze od następnego dwumeczu z Partizanem Belgrad, które decydowało o awansie do Ligi Mistrzów. Do starcia w Glasgow przystępowaliśmy ze świadomością, że roztrwonienie przewagi z Bratysławy będzie katastrofą. Z kolei w meczach z Partizanem znów nikt nie oczekiwał od nas cudów” – wspomina Debnar.

Nikt niczego nie oczekiwał. Oni zrobili już swoje. Grali bez presji, ale o wielką stawkę – o wejście do najbardziej elitarnych rozgrywek na świecie. Dwumecz z Serbami nie obfitował w gole. Dwukrotnie padł bezbramkowy remis. Zwycięzcę wyłonił konkurs rzutów karnych, które lepiej egzekwowali – a jakże! – piłkarze Artmedii. Piękny sen nadal trwał, a jego końca nie było widać.

Piłkarski raj

Inter Mediolan, FC Porto i Glasgow Rangers. Los, co można uznać za pewną tendencję, ponownie okazał się niezbyt pobłażliwy dla Słowaków. Ich awans do Champions League uznano za szczyt ich możliwości. Dosłownie każdy wróżył sześciokrotne lanie i rychłe odpadnięcie z rozgrywek. Na przekór wszystkiemu i wszystkim malutki klubik z Bratysławy znów spłatał figla.

Choć wcale się tak nie zapowiadało. Na pierwszy ogień wielki Inter i porażka 0:1. W drugiej kolejce Vladimir Weiss i spółka postanowili przypomnieć o sobie piłkarskiemu światu jeszcze raz. Zwycięstwo 3:2 nad FC Porto, ówczesnym mistrzem Europy, i to na ich własnym stadionie! Zachwytom nie było końca, ale Artmedia nie zamierzała na tym poprzestawać. Kolejne konfrontacje to dwa mecze z Glasgow Rangers i dwa cenne remisy – 0:0 i 2:2. Rewanż z Interem, ale, tym razem, bez sensacji. Solidna lekcja futbolu – przegrana 0:4.

Tym samym, przed kończącym fazę grupową meczem Artmedia miała realne szanse na wyjście z grupy z drugiego miejsca. Do pełni szczęścia wystarczyło „jedynie” pokonać FC Porto i liczyć na korzystny rezultat spotkania Inter – Glasgow Rangers.

Niestety, ta romantyczna historia kończy się właśnie w tym momencie. Piękny sen zakończył się na Tehelnym Polu, gdzie „tylko” zremisowali 0:0 (w przypadku zwycięstwa, Artmedia grałaby dalej) i choć pożegnali się z Ligą Mistrzów, to podbili serca milionów pasjonatów piłki nożnej na całym świecie. Fazę grupową zakończyli na 3. lokacie, wyprzedzając obrońców tytułu, a awans przegrywając o zaledwie jeden punkt. Na osłodę pozostała im gra w Pucharze UEFA i dwumecz z Lewskim Sofia.

Kilka dni po przegranym dwumeczu z mistrzem Bułgarii, niespodziewanie, niczym grom z jasnego nieba gruchnęła informacja, o tym, że Vladimir Weiss opuszcza Artmedię.  Był luty 2006 roku, a Weiss podpisał kontrakt z moskiewskim Saturnem Ramienskoje. Mimo to, drużyna w lidze spisywała się wciąż bardzo dobrze, utrzymując się w czubie tabeli.

Zresztą, Weiss długo w Rosji nie zagościł. Po niespełna roku zdecydował się wrócić na Słowację do… tak, Artmedii Petrzalka. Mówi się, że dwa raz do tej samej wody się nie wchodzi. Cóż, 55-latek jest żywym przykładem na obalenie tej tezy. W 2008 roku wraz ze swoją nową-starą drużyną sięgnął po krajowy dublet. Apetyt na ponowną szarżę w Europie, mając w pamięci wydarzenia sprzed trzech lat i ówczesną dyspozycję zespołu, wzrósł.

Ta sztuka była bliska realizacji – po odprawieniu z kwitkiem Velletty FC i fińskiego Tampere United, nadszedł czas na konfrontację z Juventusem FC. Turyńczycy dość niespodziewanie zremisowali w pierwszym spotkaniu 1:1, lecz w drugi nie pozostawili już nikomu żadnych złudzeń – pewna wygrana czterema bramkami oznaczała dla Artmedii koniec marzeń o powtórnym zawojowaniu w Europie.

Równia pochyła

Gdy drużyna prowadziła boje o udział w europejskich pucharach, w klubowych gabinetach Ivan Kmotrik dopinał ostatnie warunki umowy przejęcia 51 procent udziałów w Slovanie Bratysława. Rywala zza między. Drużyny, z którą od lat konkurował nie tylko o panowanie w stolicy, ale i całym kraju. Nóż w plecy dla każdego sympatyka „Czarno-białych”. Decyzję podjął z dnia na dzień, czym – co oczywiste – zszokował wszystkich. Umowa kupna pakietu większościowego w Slovanie posiadała zapis o bezwarunkowym zrezygnowaniu z inwestowania Artmedii. De facto jego niespodziewane odejście było początkiem końca dla Artmedii Petrzalka.

Klub szybko wpadł w problemy finansowe. Bez żalu odszedł Weiss, a zanim rzesza zawodników, którzy przestali otrzymywać swoje wynagrodzenia. Drużyna z ligowego potentata stała się nader przeciętna. Bez właściciela z prawdziwego zdarzenia, trenera, piłkarzy, aż w końcu pieniędzy, degradacja była kwestią czasu. Stało się to dokładnie dwa lata po odejściu Kmotrika.

Artmedia pikowała w dół w zastraszającym tempie. Jakby tego było mało – były właściciel, przenosząc swoje manatki do Slovana zachował prawo do gruntu, na którym stał niedokończony stadion Petrzalki. Wraz z jego odejściem klub stał się bezdomny i musiał grać na wygnaniu na pobliskich obiektach. Tymczasem była już arena Artmedii popadała w coraz większą ruinę. Wszystko, co można było skraść, zostało skradzione, a to co niekoniecznie dało się ruszyć/wyrwać/wynieść* (niepotrzebne skreślić*) – zostało zdewastowane.

W zamyśle Kmotrika na tym terenie miał powstać kompleks hotelów i wieżowców, idealnie wpisujących się w panoramę Petrzalki. Bratysławscy urbaniści stawiali twardy opór, argumentując, że pomysł ten kłóci się z planami zagospodarowania miasta. Ostatecznie Kmotrik uzyskał pozwolenie na budowę, a ze stadionu pozostało już tylko wspomnienie.

Obecnie klub pod nazwą FC Petrzalka skrupulatnie odbudowuje swoją markę. Trenerem jest Balazs Brobely, który wpisał się na listę strzelców podczas pamiętnej wygranej z FC Porto. W kadrze znajduje się także Juraj Piroska, który pamięta ostatnie zdobyte przez „Czarno-białych” mistrzostwo. Na tę chwilę, na półmetku rozgrywek drugiej ligi, Petrzalka plasuje się na szóstej pozycji ze stratą siedmiu punktów do miejsca dającego awans do słowackiej ekstraklasy.

Czy z tej historii płynie jakiś morał? Bez wątpienia Vladimir Weiss to gość znający się na swoim fachu (w 2010 wprowadził Słowację na mundial w RPA), bez wątpienia w Petrzalce wielki futbol prędko nie zastanie, chyba że znów zjawi się inwestor z grubym portfelem i bez wątpienia Artmedia nie miała najmniejszych szans przetrwać bez Kmotrika. Zespół, który tak dzielnie i zuchwale rozpychał się łokciami w Champions League wciąż był tylko niewielkim klubem. Swój krótkotrwały wzlot zawdzięczał fundatorowi. Kiedy sponsor stracił zainteresowanie i zakręcił kranik z pieniędzmi, Artmedia zniknęła z piłkarskiej mapy świata. Niewiele jednak brakuje, by ponownie na niej zagościła.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski