Argentyna. Kraj, w którym piłka nożna to często sprawa życia i śmierci. Rzeczywistość niemal mistyczna. Rzeczywistość, która porusza umysły i przede wszystkim serca. Kraj, który reprezentują najlepsi piłkarze na świecie, z boskim Leo Messim na czele. Aktualny lider rankingu FIFA. Wreszcie drużyna, której może zabraknąć na najbliższych mistrzostwach świata w Rosji.
Bóg jest Argentyńczykiem
„Bóg jest Argentyńczykiem”. W ostatnich latach teza ta stała się dość popularna. Przecież aktualny papież pochodzi właśnie z tego kraju. Do tego właśnie tam urodził się uważany przez wielu za najlepszego piłkarza na świecie Leo Messi. Patrzenie na jego grę często pozwala wierzyć, że jakaś cząstka boskości została w nim ukryta. Mało? Dodajmy Diego Armando Maradonę – drugiego zawodnika, którego gra pozwalała uwierzyć niewierzącym. Maradona i Messi są jak rany Chrystusa, których musiał dotknąć święty Tomasz, by uwierzyć w zmartwychwstanie mistrza. Myślicie, że przesadzam? W Argentynie takie porównania są niczym, trzymając się teologicznej terminologii, chleb powszedni, o który codziennie modlą się miliony katolików na całym świecie.
Dodajmy do tego rzeszę aniołów, którzy nie pozwolą, by Messi uraził stopę o kamień. Najlepszy napastnik Serie A? Jest! Najlepszy napastnik Premier League? Jest! Najlepszy asystent Ligue 1 w poprzednim sezonie? Jest! Do tego kilku solidnych grajków takich jak chociażby Nicolas Otamendi, Javier Mascherano, Nicolas Gaitan, Angel Correa czy Ever Banega.
Sukcesy na arenie międzynarodowej? Również są! Dwa złote i trzy srebrne medale mistrzostw świata, dwa złote i trzy srebrne medale igrzysk olimpijskich, czternaście wygranych w Copa America. Argentyna to jedna z najsilniejszych reprezentacji świata. Drużyna, która obecnie może się pochwalić się najjaśniejszą plejadą gwiazd w swoim składzie. Bo jak inaczej wytłumaczyć brak powołań dla kolejnego złotego dziecka argentyńskiej ziemi, Paolo Dybali? W kraju, w którym piłka nożna jest tak ważna, wszystkie powyższe składniki pozwalają wierzyć, że Bóg rzeczywiście jest Argentyńczykiem. Niestety jednak nawet Chrystus na krzyżu zakrzyknął: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Wiele wskazuje na to, że wszyscy fani futbolu w tym południowoamerykańskim kraju mogą niedługo przeżyć swoją Golgotę i powtórzyć Chrystusowe wołanie.
Pierwszy upadek Argentyny…
Choć nie do końca. Reprezentacja „Albicelestes” nie brała udziału w mistrzostwach świata w latach 1938–1954. Nie było to jednak spowodowane tym, że Bóg opuścił Argentyńczyków. Można raczej powiedzieć, że to oni odwrócili się od Boga. Argentyńscy piłkarze byli wówczas uważni za najlepszych na świecie. W mundialu w 1934 roku zajęli drugie miejsce. Cztery lata później na mistrzostwa nie pojechali, gdyż nie zgodziła się na to tamtejsza federacja. Argentyna kandydowała do miana gospodarza turnieju. Ten jednak odbył się we Francji. Odmowa udziału miała być swoistym protestem. Świat miał dostrzec, jak wiele stracił, stając do walki z Bogiem. A trzeba przyznać, że stracił naprawdę dużo. W ramach solidarności do protestu przyłączyły się inne południowoamerykańskie reprezentacje, z wyjątkiem Brazylii. Świat został pozbawiony najpiękniejszego, najbardziej romantycznego oblicza piłki nożnej. Jednak najbardziej ucierpieli na tej decyzji argentyńscy kibice. Ich reprezentacja rok wcześniej w cudownym stylu wygrała Copa America. Argentyna mogła się wówczas pochwalić jedną z wielu „złotych generacji”. Szanse na zwycięstwo w turnieju były naprawdę duże.










