Niczym w Gombrowiczowskiej „Ferdydurke”, na szczycie futbolowej hierarchii starły się drużyny doskonale przeciwne. Filidor z Katalonii stanął naprzeciw anty-Filidora z Madrytu. Po raz pierwszy ktoś odważył się stworzyć Antybarcelonę, kontr-zjawisko ekipy Guardioli.
Jose Mourinho zrobił Barcelonie wielką krzywdę. Z chirurgiczną precyzją wytknął wszystkie jej słabości, błędy i niedociągnięcia. Wskazał, gdzie znajduje się pięta achillesowa tego herosa, miękkie podbrzusze bestii uchodzącej dotąd za stworzoną z materii nieznanej śmiertelnikom do celów nie do ogarnięcia przez pospólstwo. Jesienne ligowe lanie ozłociło posąg niezwyciężonej „Blaugrany”. Wiosenny mecz pucharowy ten posąg strącił.

Przez ostatnie lata katalońska tiki-taka uchodziła za złoty środek do osiągnięcia futbolowych szczytów, jedyny wyznacznik piłkarskiej potęgi. Każdy, kto nie atakował dziewięcioma piłkarzami, nie osiągał posiadania piłki na poziomie 75% i nie wymieniał milionów podań, posądzany był zaprzedanie się duchowi Helenio Herrery, o kult catenaccio, o parkowanie autobusu, stawianie muru w polu karnym. Kolejni przeciwnicy „Azulgrany” postępowali irracjonalnie, podnosząc głowy wysoko i krzycząc, że Barcelonie przeciwstawią się tak jak każdej innej ekipie. Trzeba było kilkuset strzelonych goli, manity na Camp Nou i osoby Jose Mourinho, żeby pokazać nam wszystkim, że to nie tak. Jesteś dobrym bokserem? Kliczko jest lepszy. Chcesz go pokonać – nie próbuj walczyć. Zastrzel skurczybyka.
Barcelona jest cholernie mocna. Cholernie. Ale tylko w jednym – w powolnych atakach pozycyjnych przerywanych prostopadłymi podaniami. Gdy mozolne klepanie w środku pola nie przynosi rezultatu, „Duma Katalonii” mozolnie klepie w środku pola. Gdy podania Xaviego nie znajdują w polu karnym Daniego Alvesa, Xavi próbuje znaleźć w polu karnym Daniego Alvesa. W przypadku niemożliwości przejścia przez Messiego trzech rywali, Argentyńczyk próbuje przejść trzech rywali. Widzieliście ich kiedyś grających z klasycznymi skrzydłowymi, opierających się na defensywie, kontratakach, grze głową albo górnych piłkach? Nie widzieliście, bo Barcelona nie ma piłkarzy do takiej roboty. Ma z górą dwudziestu ludzi stworzonych do jednego stylu gry. Katalończycy są jak roboty – z chirurgiczną precyzją usuną zator w żyle, ale nie wbiją w ścianę zwykłego gwoździa.
Jose Mourinho musiał zebrać baty na Camp Nou, żeby zatrzymać Barcelonę. Musiał pokazać włodarzom Realu, czym kończy się walka na pięści z najsilniejszym dzieciakiem na podwórku, żeby dostać zgodę na wsadzenie łobuzowi palców w oczy i kopnięcie między nogi. W momencie ogłoszenia przez Portugalczyka wyjściowego składu wszyscy przecierali oczy ze zdumienia, nie wierząc, że Madryt aż tak bardzo boi się kompromitacji. Dopiero z upływem minut zrozumieli, że Real stał się po prostu Antybarceloną, drużyną sumiennie neutralizującą każdą zaletę Katalończyków, sprowadzającą herosów na ziemię. Xavi i Iniesta nie mogli wymienić spokojnie kilku podań, bo zaraz jak spod ziemi wyrastał przy nich Pepe i z dziecinną łatwością odbierał futbolówkę. Alves nie miał miejsca do biegania, bo Marcelo nie opuszczał własnej połowy. Messi przegrywał pojedynki z Carvalho i Albiolem. Na palcach jednej ręki można było policzyć górne piłki wygrane przez przyjezdnych. Ale to był dopiero początek. Podwórkowemu łobuzowi włożono już palce w oczodoły. Pozostał kopniak w krocze.











