Argentyńczyk o aparycji szczura nieodmiennie zadziwia. Nie dość, że strzela ważne gole, nie dość, że asystuje jak szaleniec, nie dość, ze napędza praktycznie każdą akcję Realu, to jeszcze – okazuje się – jest człowiekiem o żelaznej psychice.
Gdybym miał wypisywać rzeczy, których według mnie Angel nie ma, silna psychika byłaby na wysokim trzecim miejscu, zaraz za tubalnym głosem i mięśniami. Gdy Argentyńczyk grał jeszcze w portugalskiej Benfice, kojarzył mi się ze sztuczkami technicznymi przeplatanymi zagraniami znamionującymi inteligencję ryjówki. Zawsze miałem w głowie obraz głupich czerwonych kartek. Gdy zrobiło się głośno o transferze do Realu, miałem mieszane uczucia – czy to emocjonalne i fizyczne chuchro poradzi sobie w La Liga, w klubie, w którym nieludzka presja jest wpisana w kontrakt?

Sobotni mecz był popisem Angela. Skrzydłowy kilka dni temu musiał zmierzyć się z informacją o śmierci teścia. Di Maria nigdy nie ukrywał bardzo silnych związków z rodziną swojej partnerki, o jej ojcu wspominał nawet w wywiadach. Piłkarz pojechał do Argentyny pogrążony w smutku, wziął udział w uroczystościach żałobnych, wsiadł w samolot i wrócił do Madrytu tylko po to, żeby zagrać z Sevillą. Po meczu znów udał się na lotnisko i poleciał do Ameryki Południowej, by wspierać swoją żonę Jorgelinę.
W starciu na Pizjuan Angel zaliczył występ na poziomie najlepszych występów Messiego. Mówię poważnie, Di Maria jest w tym momencie lepszym piłkarzem niż Ronaldo. Znacznie lepszym. W lidze w czternastu meczach zanotował trzynaście asyst. Dla porównania – uchodzący za najlepszego piłkarza Premier League David Silva, którego głównym zadaniem jest obsługiwanie podaniami kolegów, asyst ma dziewięć. Tyle samo na swoim koncie zapisał Franck Ribery. W Hiszpanii na drugim miejscu w tej klasyfikacji jest Messi z siedmioma podaniami poprzedzającymi zdobycie bramki. Nietrudno policzyć, że Angel ma ich prawie dwa razy więcej.
Poza oczywistym rozwojem piłkarskim Di Maria w ciągu kilkunastu miesięcy spędzonych w stolicy Hiszpanii po prostu dorósł. Z narwanego dzieciaka z szybkimi nogami i pustą głową przeistoczył się w zawodnika regularnie wygrywającego swojej drużynie mecze. Jeszcze rok temu, gdy Mourinho chciał grać trzema defensywnymi pomocnikami, odsyłał na ławkę Argentyńczyka. Teraz jest inaczej – prędzej Portugalczyk będzie grał bez napastników niż bez „El Fideo”.
***
Roberto Soldado w meczu z Malagą w najlepszy możliwy sposób odpowiedział na kontuzję Villi. Jeśli del Bosque miał jeszcze wątpliwości, czy stawiać na wychowanka Realu, teraz ich mieć już nie może. Napastnik zdobył obydwie bramki i po raz nie wiadomo który w tym sezonie wspólnie z Jonasem wygrał Valencii mecz.











