Trzecia kolejka angielskiej ekstraklasy przyniosła dwie niespodzianki. Pomijając jednak to, że Tottenham przegrał z Wigan, chyba mało kto spodziewał się, że Manchester City ulegnie Sunderlandowi. W słabej grze uczestników Ligi Europejskiej, zwłaszcza w drugiej połowie, da się jednak dostrzec jakieś pozytywy. A ich sprawcą był Yaya Toure.
Po wysokim zwycięstwie z Liverpoolem mówiło się, że Sunderland nie zdoła powstrzymać podopiecznych Roberto Manciniego. „The Citizens” na własnym stadionie dali popisowy koncert gry. Ale jak bumerang powrócił ten sam problem. Mecze na wyjeździe i koncentracja. Zawodnicy Manchesteru w sobotnie popołudnie przyjechali na Stadion Światła tylko w jednym celu. W zeszłym sezonie, w tamtym miejscu, City do końcowego gwizdka musiało walczyć o zdobycie, chociaż jednego punktu. Wtedy uratował ich Adam Johnson, notabene pochodzący właśnie z Sunderlandu. Podopieczni Manciniego z pupilami Steve’a Bruce’a znów sobie jednak nie poradzili, a tym razem nie wywieźli stamtąd nic oprócz wstydu.

Wielu szyderczo zapewne pyta: gdzie są ci zawodnicy ściągnięci za drogie pieniądze? Ano właśnie, bo na razie coś więcej niż samą obecność potwierdzają tylko James Milner i Yaya Toure. Chciałbym zwrócić uwagę zwłaszcza na tego drugiego, gdyż moim zdaniem to najbardziej trafiony transfer popularnego „Bobby’ego Manc” tego lata. Do tego ruchu na początku byłem nastawiony bardzo sceptycznie, bo odkąd szejk Mansour wykupił udziały w klubie, a gazety rozprawiały o potencjalnym transferze jeszcze wtedy gwiazdy Barcelony, rosły pomocnik odpowiadał: nie. Interesowała go gra w klubie, który stale odnosi sukcesy, a jeszcze wtedy nie działała na niego mobilizująco nawet obecność w składzie jego brata, Kolo. Mało tego, reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej nie potrafił zrozumieć jego decyzji. Dziwi zatem nagła zmiana opinii. Co tak na niego podziałało – wysoka wedle bulwarówek tygodniówka, brak regularnej gry w Hiszpanii czy namowy brata? Ciężko o jasne wyjaśnienie, ale częstokroć trudno też dać wiarę wypowiedziom zawodników o tym, jaki to klub robi się wielki, jak bardzo chcieliby wygrywać trofea z City i jak nagle podziałało im na ambicję.
Z każdym jednak meczem moje zdanie powoli się zmieniało, a dziś twierdzę, że Mancini dokonał słusznego wyboru, tak długo starając się o owego pomocnika. Zastanawiałem się jaką rolę będzie on pełnić w składzie, w końcu w Manchesterze byli już Barry czy rewelacyjnie spisujący się De Jong. Jak dla mnie brakowało im tylko jednego gracza. Klasowego rozgrywającego, któremu nie zabraknie pomysłu, gdy drużyna dojdzie już pod pole karne rywala. Ireland nie spełnił pokładanych w nich nadziei, chociaż ciężko czegoś oczekiwać od kogoś, kto nie miał zbyt wielu szans na regularną grę, zwłaszcza w zeszłym sezonie. Przyszedł za to Yaya, który jest wszędzie. Dobry w defensywie, płynnie przechodzący do ataku, świetnie rozgrywający piłkę. Moim zdaniem był on jednym z tych zawodników, którzy mieli największy wkład w to, co dobre w grze City. W dodatku wykreował świetną akcję w starciu z Sunderlandem, po której goście mogli wyjść na prowadzenie. Pomocnik fantastycznie przeniósł ciężar gry spod własnego pola karnego na połowę rywala. Dzięki swojej szybkości i balansowi zdołał zgubić rywali, w rezultacie dograć do niepilnowanego przez nikogo Teveza. Wszystko super, tylko że Argentyńczyk nie trafił do pustej bramki, bo fatalnie przestrzelił. To nie był jego dzień, bo ktoś, kto zapowiada, że chce zdobyć w tym sezonie ponad 30 bramek, nie może marnować takich szans. W dodatku nie pilnowano go, nikt na niego nie naciskał. Nie przemawia do mnie żadne usprawiedliwienie dla napastnika.











