Jeśli ktoś zasnął podczas pierwszej połowy starcia o Tarczę Wspólnoty, to nie mógł żałować. Chyba że się nie wyspał lub nie obudził na samym początku drugiej odsłony. Wtedy zaczęły się emocje, wtedy wrócił futbol rodem z Premier League. Było pięknie, widowisko, dramatycznie, a trofeum ostatecznie zdobył Manchester City. Tarcza Wspólnoty jest już w gablocie „The Citizens”, jednak czy świadczy o rzeczywistej przewadze nad Liverpoolem? Nowy sezon zaczął się zaskakująco ospale. Zawodnicy obu drużyn w pierwszej połowie spotkania o Tarczę Wspólnoty wyglądali, jakby dopiero wstali z kanapy. Do tego po tygodniowym maratonie filmowym, przerywanym jedynie konsumpcją fast foodów. Zapewne olbrzymia w tym zasługa ciężkich przygotowań do sezonu, lecz efektu „polskiej ekstraklasy” naprawdę trudno było się wyzbyć sprzed oczu. Niecelne podania, problemy z przyjęciem piłki, nagminne marnowanie doskonałych sytuacji strzeleckich. To ujma dla tak wielkich klubów. Nawet biorąc pod uwagę, iż była to dopiero inauguracja sezonu.
Jednak na szczęście smutne obrazki bezradności minęły po przerwie. Po gwizdku arbitra wznawiającym grę wszystko przyspieszyło. Tak, jakby ktoś zaczął przewijać taśmę do przodu. Była też niespodzianka, bo tak trzeba nazwać drugą odsłonę w wykonaniu Liverpoolu.
Tak, „The Reds” przegrywali, więc musieli ruszyć do przodu. Jednak chyba mało kto spodziewał się, że zaczną okładać Ivana Drago (jak określił rok temu Manchester City Jürgen Klopp) w najlepsze. I tak ten niski Rocky Balboa (kolejne stwierdzenie Niemca – tym razem dotyczące Liverpoolu) tłukł oponenta z każdej możliwej strony. Lewą, prawą, prostym, sierpowym – kombinacjom nie było końca. Ivan Drago próbował oddawać, ale bez większego efektu.
Mimo że momentami chwiał się niczym w rytm muzyki disco polo, to przetrwał jednak nawałnicę ciosów. Po czym wyprowadził jedno uderzenie, które przesądziło o rezultacie. Manchester City po rzutach karnych wygrał z Liverpoolem. Kolejny raz „The Reds” musieli obejść się smakiem. Na pocieszenie gołym okiem widzieli, że tak blisko zwycięstwa nad oponentem nie byli od dawna. Pocieszenie marne, ale w dłuższej perspektywie dające do myślenia.
Kiedy ponownie zabije gong
Jedno spotkanie to marny wyznacznik. Po dziewięćdziesięciu minutach rywalizacji oraz konkursie „jedenastek” trudno przewidywać przebieg nadchodzącej kampanii. Jest to wręcz niemożliwe. Zbyt wiele zmiennych, na czele z późniejszymi powrotami niektórych graczy, by wywróżyć przebieg rywalizacji. Jednak patrząc na poprzednią kampanię oraz obecne okno transferowe, można założyć z wielkim prawdopodobieństwem, że walka o tytuł znów rozegra się między Manchesterem City a Liverpoolem. Zespołami, które na dzień dobry zmierzyły się w spotkaniu o Tarczę Wspólnoty. Mimo naprawdę interesujących wzmocnień pozostałych czołowych ekip nie ma co oczekiwać zmian. Oczywiście jeśli chodzi o dwie pierwsze lokaty.











