Tak, tytuł dzisiejszego felietonu z cyklu Angielska herbata idealnie pasuje do Liverpoolu. Podobnego wyczynu w ostatnich dniach dokonał jednak także Tottenham Hotspur. Zadyszka złapała „Spurs” w najmniej odpowiednim momencie. Problem w tym, że zmieniła się wręcz w bezdech, który kosztował londyński klub szanse na tytuł. Jeśli zespół Tottenhamu nie zacznie szybko nabierać powietrza, to obudzi się poza czołową czwórką tabeli.
Przed sezonem raczej mało kto stawiał, że Tottenham włączy się do walki o tytuł. Brak wzmocnień składu. Ba, brak jakichkolwiek transferów do klubu nasilał twierdzenia, że to nie będzie kampania „Spurs”. Rywale się wzmacniali, a przedstawiciele londyńskiego klubu powtarzali, że będzie dobrze. Podobne wypowiedzi nie były jednak traktowane poważnie. Mauricio Pochettino chwalił klub, a brak wzmocnień nazywał odważnym posunięciem. Jakby z konieczności, bo co innego miał powiedzieć? Chelsea z Liverpoolem bili transferowe rekordy (kupując golkiperów), a kibice „Spurs” do końca letniego okna domagali się pozyskania przynajmniej Jacka Grealisha. Bezskutecznie. Władze Tottenhamu nie kupowały, licząc na zgraną kadrę i że jakoś to będzie.
A było nadspodziewanie dobrze. Po słabym początku „Spurs” szli jak burza, odnosząc kolejne zwycięstwa. W pewnym momencie włączając się nawet do walki o tytuł. Liczne elaboraty, jak to zgrany zespół przebił trend ciągłego wyścigu zbrojeń, zalały media. Mauricio Pochettino ogłoszono wręcz prekursorem nowej drogi. Takiej, w której obalono zasadę buy or die – panującą w Premier League nieprzerwanie od lat. Tak jakby to argentyński szkoleniowiec zarządzał funduszami klubu… Niemniej jednak Tottenham Hotspur jako całość wybił się ze schematu kupowania. A że wyniki były więcej niż dobre, to zrobiło się głośno. Tyle tylko, że sezon jest długi. A jak pokazały ostatnie dwa tygodnie, wszystko można stracić w mgnieniu oka.
Cyk, i po szansach na mistrzostwo
To niesamowite. W ciągu zaledwie ponad tygodnia Tottenham Hotspur pokazał, że można zaprzepaścić całą dotychczasową ciężką pracę. Tylko jeden punkt w trzech ligowych meczach sprawił, że realna szansa na ligowy tytuł odjechała z prędkością pociągu TGV. Te matematyczne jeszcze siedzą na peronie, ale z każdą stratą oczek coraz bardziej podopieczni argentyńskiego szkoleniowca nerwowo podrygują nogą. Co gorsze dla „Spurs”, ich potknięcia wykorzystały zespoły do tej pory niezagrażające londyńczykom. Lokalni rywale – Arsenal oraz Chelsea – a także Manchester United już nie walczą jedynie o czwartą lokatę. Mają chrapkę na wyprzedzenie Tottenham Hotspur. Zwłaszcza że stało się to jak najbardziej możliwe.

Teraz wszystko zależy od „Spurs”. Okres w bieżącym sezonie, w którym podopieczni Mauricio Pochettino mogli, a nie musieli (w wyścigu o mistrzostwo), się skończył. Obecnie już tylko muszą. Wypadnięcie z czołowej czwórki i brak kwalifikacji do Ligi Mistrzów byłby dramatem dla Tottenhamu. Podobnie jak dla każdego klubu z top 6. Dlatego, jak to popularnie określają szkoleniowcy na Wyspach, „Spurs” pozostało dziewięć finałów (czyt. spotkań ligowych) do końca sezonu. Jeśli kryzys dalej będzie trwał, to może się okazać, że Tottenham z prekursora nowej drogi stanie się jednym z rozczarowań bieżącej kampanii.












