Uwielbiamy, gdy hierarchia w futbolu zostaje zachwiana. Gdy mniejszy niespodziewanie pokona większego. Momentalnie wzrasta zainteresowanie sensacyjnym wydarzeniem, a z zachwytu pieją eksperci oraz kibice niżej notowanego zespołu. Nie inaczej było w trakcie minionego weekendu. Norwich City, demonstrując niesamowite zaangażowanie i wylewając litry potu na murawie, niespodziewanie pokonało Manchester City. Czy postawa „The Canaries” zainspiruje pozostałe zespoły?Ponad trzy lata temu nie tylko cała Anglia żyła cudowną historią piłkarskiego kopciuszka, Leicester City. Mistrzowski tytuł dla „The Foxes” był anomalią, sensacją i pięknym zakończeniem cudownego snu. Odżyciem romantyzmu futbolu i haseł, że pieniądze nie zawsze grają. W kolejnych sezonach podobnych przypadków było mniej. Nie brakowało jednak historii, w których skazywany na pożarcie klub stawił czoło przeciwnościom i sensacyjnie spełnił marzenia. Wystarczy przytoczyć przykład Huddersfield Town.
„The Terriers” po awansie do Premier League mieli być typowym chłopcem do bicia. Zespołem, który porażki będzie kolekcjonował niczym filatelista znaczki pocztowe. Stało się inaczej, klub z John Smith’s Stadium zaszokował Anglię i dzięki olbrzymiemu zaangażowaniu zachował ligowy byt. W każdym spotkaniu Premier League liczne braki w sferze wyszkolenia technicznego i kreowania gry zastępował sercem i litrami potu pozostawionymi na murawie.
Waleczne serca – Norwich City
Zarówno Leicester City, jak i Huddersfield Town sensacyjnymi dokonaniami na zawsze zapisały się w historii Premier League. Drogą wyznaczoną przez poprzedników w obecnym sezonie wyruszyło także Norwich City. „The Canaries” po awansie do angielskiej ekstraklasy demonstrują wręcz bezczelną postawę w spotkaniach przeciwko znacznie wyżej notowanym rywalom. Podopieczni Daniela Farke, zamiast schować się za podwójną gardą, ustawić w bramce autobus, postawili się trzem najlepszym zespołom poprzedniej kampanii. I to nie wyprowadzając jeden czy dwa marne kontrataki w meczu, lecz zdobywając kolejne bramki oraz zmuszając rywali do największego wysiłku. Tym samym złamali hierarchię, która jak mogło się wcześniej wydawać, była od dawna ustalona.
W Premier League kluby spoza czołowej szóstki jakby z góry przyjęły, że w meczach ze znacznie wyżej notowanymi rywalami mają się wyłącznie bronić. Natomiast w spotkaniach z Manchesterem City czy Liverpoolem to już w ogóle czekać na jak najniższy wymiar kary, najczęściej przy tym nieudolnie ustawiając dwie linie obrony złożone ze wszystkich graczy na szesnastym i trzydziestym metrze od własnej bramki. To w najlepszym wypadku odkładało jedynie nieuniknione w czasie.











