Angielska herbata: Królu, mój królu, gdzie formę zgubiłeś?


Mohamed Salah cieniem zawodnika z poprzedniego sezonu

12 marca 2019 Angielska herbata: Królu, mój królu, gdzie formę zgubiłeś?
www.liverpoolecho.co.uk

Rok temu porównywany, a przez niektórych ekspertów nawet stawiany na równi z Leo Messim i Cristiano Ronaldo. Zachwycał, bijąc kolejne rekordy, oraz przesuwał wytyczone dotąd granice. Obecnie po zawodniku, który oczarował cały świat, niewiele pozostało. Mohamed Salah rozczarowuje, grając bez błysku, polotu i finezji. Kolejnymi nieudanymi występami tylko potęguje pytanie: gdzie się podział „Król Egiptu”?


Udostępnij na Udostępnij na

Po transferze do Liverpoolu nikt na Anfield Road nie oczekiwał od Egipcjanina cudów. Ot, byle tylko powtórzył statystyki z włoskich boisk. Dołożył kilkanaście asyst, kilkanaście bramek i byłoby świetnie. Tym bardziej że przecież zawodnicy z przeszłością w Serie A często nie sprawdzali się w zespole „The Reds”. Może poniekąd dlatego oczekiwania wobec Mohameda Salaha nie były wysokie. Dodatkowo na Wyspach nadal pamiętano, że Premier League za pierwszym podejściem Egipcjanin nie zawojował. Choć to już temat na oddzielny elaborat.

W każdym razie Mohamed Salah miał być ciekawym dodatkiem do drużyny Jürgena Kloppa. Bynajmniej nikt w osobie byłego gracza AS Roma przyszłej gwiazdy „The Reds” raczej nie upatrywał. Poza tym przecież nie było większych podstaw, by uważać inaczej. Szybki? Tak, jak najbardziej. Zwinny? Też, nawet bardzo. Drybler? Już nie do końca… Ze skutecznością też różnie bywało. Piłkarzy o podobnym profilu do Premier League przez lata trafiało bardzo wielu. Większość zgasła, zanim zaświeciła. A Mohamed Salah? Oślepiającym światłem błyszczał już podczas przedsezonowych przygotowań.

„Król Egiptu”

W pierwszych meczach sparingowych widać było nić porozumienia Egipcjanina szczególnie z Philippe Coutinho. Z każdym kolejnym spotkaniem eksperci i kibice utwierdzali się w przekonaniu, że z tej mąki będzie chleb. I rzeczywiście był. Gol w debiucie na pewno ułatwił zawodnikowi ponowny start w angielskiej ekstraklasie. Z każdym kolejnym meczem robiło się coraz bardziej interesująco. Egipcjanin kolekcjonował bramki oraz asysty, wykonując przy tym często pokraczne zwody. Duże susy, wysoko uniesione kolana wyglądające niczym bieg pająka zapewne by bawiły, gdyby nie były tak skuteczne. A na pająkowate zwody Mohameda Salaha nabierali się praktycznie wszyscy. A jeśli się nie nabierali, to piłkarz Liverpoolu wykorzystywał niesamowite atuty motoryczne.

W ten czy inny sposób górą w zdecydowanej większości pojedynków był Egipcjanin. Z czasem snajper „The Reds” stał się wręcz fenomenem. Pewnym urozmaiceniem obecnego, monotonnego futbolu. Do piedestału, na którym od lat przepychają się Leo Messi i Cristiano Ronaldo, miał w końcu dołączyć ktoś jeszcze. Tym bardziej że Egipcjanin bił kolejne rekordy. W tym ten jeden magiczny. Zdobywając 32 bramki w Premier League, pobił osiągnięcie dzielone dotąd przez Alana Shearera, wspomnianego już Portugalczyka oraz Luisa Suareza. Świat legł u stóp Mohameda Salaha.

Liverpoolfc.com

Media uwielbiały rozpisywać się o zawodniku Liverpoolu. Począwszy od analizy fenomenu Egipcjanina, a skończywszy na dotacjach przekazywanych na funkcjonowanie szkół oraz szpitali w ojczyźnie. Monotonia spowodowana wieloletnim uwielbieniem Leo Messiego i Cristiano Ronaldo w końcu została przerwana. „Król Egiptu”, jak powszechnie obwołano piłkarza, miał stawić czoło Portugalczykowi w bezpośrednim pojedynku. Finale Ligi Mistrzów, który był bardziej symboliczny, niż się może wydawać. To właśnie podczas starcia Liverpoolu z Realem Madryt wszystko się posypało. Przegrany finał, a przede wszystkim kontuzja i przedwczesne zejście z boiska do dziś jakby odciskały swe piętno na dyspozycji gracza.

Królu złoty, gdzie jesteś?

Można dywagować, czy Sergio Ramos umyślnie czy nie przytrzymał rękę Mohameda Salaha przy upadku, co doprowadziło do kontuzji. To nie ma obecnie jednak większego sensu. Jest już po herbacie. Fakty są takie, że od momentu zejścia z murawy Stadionu Olimpijskiego w Kijowie Egipcjanin jest cieniem gracza z kampanii 2017/2018. Z małymi przebłyskami, ale nadal cieniem. Strach przed walką fizyczną uwidaczniał się w poczynaniach zawodnika najbardziej na początku kampanii. Obecnie nie jest o wiele lepiej. Przykładowo po uderzeniu w twarz przez Harry’ego Maguire’a (ewidentny faul, ale nieodgwizdany) w meczu z Leicester City Mohamed Salah jakby zniknął. Ponadto przy stykowych sytuacjach Egipcjanin nie idzie już na przebój. Kalkuluje i odpuszcza, nawet gdy ma realną szansę dopaść do piłki. Pędząc na bramkę rywali, często zamiast zejść do środka, wbiec przed obrońcę (patrz Luis Suarez), zbiega w bok. Strach przed zderzeniem?

Niesamowity polot w grze zawodnika Liverpoolu zniknął. I nie jest to związane ze zmianą stylu gry Liverpoolu na bardziej pragmatyczny. Wspomniane kalkulacje stały się z biegiem czasu kolejnym wielkim przeciwnikiem Egipcjanina. W doskonałych sytuacjach strzeleckich zamiast uderzyć piłkę, niepotrzebnie przybliża się jeszcze do bramki. Tym samym zwiększając szanse golkipera na skuteczną interwencję. To przerodziło się w przedłużającą się serię bez zdobytego gola. Minione spotkanie z Burnley było piątym z rzędu, w którym Mohamed Salah nie trafił do bramki rywali. To niechlubny rekord Egipcjanina. Nie jest to może wielka ujma, lecz pokazuje, jak było wcześniej, a jak jest obecnie.

Bieżącą dyspozycję piłkarza przesłaniają niezłe statystyki. Tyle tylko, że Jürgen Klopp jakby na siłę chciał zrobić z Egipcjanina Leo Messiego. Mohamed Salah strzela rzuty karne oraz wykonuje stałe fragmenty gry. Większość „jedenastek” wykonuje na zasadzie – ja strzelam, Pan Bóg piłkę niesie. Ze stałymi fragmentami jest jeszcze gorzej. Egipcjanin w tej sferze, delikatnie ujmując, zawodzi. Do tego stopnia, że w końcu zauważył to nawet niemiecki szkoleniowiec.

Salahu (z poprzedniego sezonu), wróć!

Pismo nosem przed sezonem jakby czuł Jürgen Klopp. Wypowiedzi, iż nie można oczekiwać od Mohameda Salaha powtórzenia wyników z poprzedniej kampanii, można obecnie uznać za pewną wskazówkę. Taką, której nikt wtedy nie brał na poważnie. Jak widać obecnie, Niemiec w swoim osądzie miał rację.

Jednak należy także zwrócić uwagę na niepodważalny fakt. Mohamed Salah nawet obecnie, gdy już nie błyszczy aż tak jak w poprzedniej kampanii, jest bardzo ważnym ogniwem „The Reds”. Tyle tylko, że kibice Liverpoolu oraz bezstronni obserwatorzy tęsknią za „Królem Egiptu”. Zawodnikiem, który bił rekordy i łamał granice. Czy tamten gracz zniknął bezpowrotnie? Być może, jeśli sztab klubu z Merseyside nie będzie potrafił dotrzeć do Mohameda Salaha. Problem piłkarza ewidentnie tkwi w sferze mentalnej. Jeśli Egipcjanin pokona obawy przed walką fizyczną i strachem przed kolejnym urazem, istnieje bardzo duża szansa, iż „Król Egiptu” powróci. A gwiazda Mohameda Salaha znów rozbłyśnie pełnym blaskiem.

Mniej istotne, ale też ciekawe:

  • Serial dramatyczny z Tottenhamem Hotspur w roli głównej powoli zamienia się w horror klasy C. Z początku było miło i przyjemnie. Była nawet grupka nastolatków, których Mauricio Pochettino wprowadził do pierwszego zespołu. Jednak zaledwie jeden punkt w czterech ostatnich ligowych meczach wprowadził niepokojącą muzykę w tle. Zło (czyt. brak miejsca w czołowej czwórce) czyha tuż za rogiem. Co gorsza dla „Spurs” o szczęśliwe zakończenie może być trudno. Terminarz nie rozpieszcza, a grupa pościgowa włączyła wyższy bieg. Możliwe, że na nowym obiekcie Tottenhamu Hotspur jedyne, co będzie słychać po zakończeniu obecnego sezonu, to głośny jęk zawodu.
Sang Tan
  • Problem sędziowania w angielskiej ekstraklasie narasta z każdą kolejką. Poczynania arbitrów powoli zaczynają przypominać kabaret na żywo. Niekompetentne osoby przebierają się w uniform sędziów i udają, że nadążają za grą. A to, iż jest inaczej, widzi cały świat. Może poza angielską federacją, która problemu nie dostrzega. A raczej chyba nie chce dostrzegać. Smutne jednak, iż dotychczasowe błędne decyzje arbitrów mogą rzutować na ostateczną tabelę Premier League. Byle do VARu.
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze