System VAR miał na dobre rozwiązać problemy angielskich arbitrów. Sprawić, że poziom sędziowania w Premier League w końcu wzniesie się na przynajmniej solidny poziom. Tyle teorii, bo tak się jednak nie stało. Angielscy rozjemcy dobitnie za to udowadniają, że sama technologia nie wystarczy. Zamiast wychwytywania minimalnych spalonych, arbitrzy operujący systemem nierzadko rysują linie według własnego uznania. Świat się śmieje, eksperci alarmują, a federacja zamiata wszystko pod dywan.
W poprzednim sezonie temat działania systemu VAR w angielskiej ekstraklasie powracał niczym bumerang. W obecnym jest nawet gorzej. Kontrowersje związane z użyciem technologii nie schodzą ze sceny. Na wierzch wyszedł także smutny fakt. Sam system nic nie zmieni. Potrzebni są jeszcze odpowiednio wykwalifikowani ludzie do operowania technologią. A tych w Premier League brakuje.
O ile w ogóle są, bo wydaje się, że decyzje arbitrów odpowiedzialnych za nadzorowanie systemu to czysta loteria. Szczególnie patrząc na linie, które rysują, aby rozstrzygnąć, czy w danej sytuacji zawodnik atakujący znajdował się na pozycji spalonej. Raz od łokcia, raz od pachy, innym razem od rękawa koszulki. Absurd? Jak najbardziej, lecz pokazujący niekompetencje angielskich arbitrów. Każdy linie rysuje, jak mu tylko pasuje.
Za duże rękawki – jak Anglicy operują systemem VAR
Czara goryczy przelała się po derbach Merseyside. Może byłoby inaczej, gdyby nie głupie tłumaczenia federacji, że w momencie podania, tuż przed zwycięskim golem Jordana Hendersona, Sadio Mane znajdował się na pozycji spalonej. A dokładniej rękawek koszulki Senegalczyka. Poważna kontuzja Virgila van Dijka i brak jakiejkolwiek kary, oprócz rzekomych wyrzutów sumienia, dla Jordana Pickforda też zrobiły swoje. Angielskim arbitrom zaczęto patrzeć uważniej na ręce, które okazały się lewe. Obie.
To był jednak dopiero początek. W minionej kolejce, metaforycznie, szambo wybiło na Selhurst Park. Tym razem rękawek Patricka Bamforda rzekomo zdecydował o nieuznaniu bramki dla Leeds United. A dokładnie po raz kolejny sędziowie, którzy narysowali linie według własnego uznania. Zespół Marcelo Bielsy spotkanie ostatecznie przegrał, lecz kto wie, jak by się potoczyło, gdyby prawidłowo zdobyta bramka została uznana.
Podobnego gdybania w obecnym sezonie będzie niestety najprawdopodobniej jednak więcej. Kampania jest niezwykle wyrównana, a różnice punktowe w zestawieniu minimalne. To sprawia, że każda kolejna pomyłka arbitrów obsługujących VAR będzie jeszcze bardziej wpływać na kształt ligowej tabeli. W czarnym, choć realnym, scenariuszu decydować nawet o tym, na której lokacie ostatecznie uplasuje się konkretny zespół.












