Ponad rok temu opowieść o piłkarskim Kopciuszku walczącym niczym lew o uniknięcie degradacji z angielskiej ekstraklasy miała szczęśliwe zakończenie. Huddersfield Town w heroicznym boju przeciwko Chelsea zagwarantowało sobie utrzymanie w Premier League. W obecnym sezonie „The Terriers” również żyją niczym w baśni. Problem w tym, że „Kopciuszka” zastąpiła „Dziewczynka z zapałkami”.
W dobie internetu i tak łatwego dostępu do informacji wydaje się to praktycznie niemożliwe. Każdy kolejny sezon utwierdza jednak w przekonaniu, że element zaskoczenia jest w futbolu od lat najsilniejszą bronią wykorzystywaną przez beniaminków. Głównie dlatego, iż drużyny stawiające pierwsze kroki na wyższym poziomie rozgrywkowym są lekceważone. Prawda stara jak świat. Większość zawodników nie potrafi zmobilizować się w równym stopniu na mecz z beniaminkiem, co na spotkanie z obrońcą tytułu. Zachowanie być może i nieprofesjonalne, ale bardzo wśród piłkarzy powszechne.
Lekceważące podejście rywali wykorzystują beniaminkowie. Przynajmniej powinni. Bardzo częstą sytuacją jest, że na początku sezonu beniaminek notuje świetne rezultaty. Nierzadko po kilku kolejkach plasuje się nawet w czubie tabeli. Szok. Niedowierzanie. Konsternacja. Efekt zaskoczenia z biegiem czasu mija i na wierzch wychodzi rzeczywista siła zespołu. Podobnie przedstawiała się sytuacja Huddersfield Town w poprzednim sezonie.
Oblężona twierdza, która upad(ł)a
Przed sezonem zespół Davida Wagnera był skazywany na pożarcie. Nikt „The Terriers” nie dawał większych szans na utrzymanie. Huddersfield Town miało z hukiem spaść z ligi, a wcześniej pełnić rolę dostarczyciela punktów. Wszystkie niepochlebne opinie amerykański szkoleniowiec wykorzystał na korzyść drużyny z John Smith’s Stadium. Syndrom oblężonej twierdzy tak ochoczo wykorzystywany przez trenerów słabszych zespołów świetnie sprawdził się w Huddersfield Town. Ekipa Davida Wagnera w maju po heroicznym boju z Chelsea utrzymała się w Premier League, grając na nosie ekspertom. Tyle że teraz wiadomo, iż były to dobre złego początki.
Brak jakościowych wzmocnień na poziomie wymaganym w angielskiej ekstraklasie zrobił swoje. Element zaskoczenia dawno przepadł, a nowego pomysłu na grę nikt w sztabie „The Terriers” nie wymyślił. To, co pozwoliło zagwarantować utrzymanie w poprzedniej kampanii, przestało wystarczać. Rywale znaleźli sposób na rozmontowanie (już nie tak dobrze jak rok temu) zorganizowanej defensywy Huddersfield Town. Jak padła obrona, to oczy zwrócono na atak. Tam niestety dla zespołu Davida Wagnera było i jest jeszcze gorzej. Opieranie gry głównie na Aaronie Mooyu było zbyt przewidywalne. Drużyna „The Terriers” została przeczytana przez rywali. Efekt? Tylko dwa ligowe zwycięstwa w obecnym sezonie. Przewidywania ekspertów się sprawdziły. Tyle że z jednosezonowym opóźnieniem. Huddersfield Town jest obecnie czerwoną latarnią ligi. A widoki na przyszłość nie są lepsze.
Z drużyną za porozumieniem stron pożegnał się David Wagner. Amerykański szkoleniowiec i wszyscy na John Smith’s Stadium jeszcze wierzą, że nowy impuls na ławce trenerskiej może coś zmienić. Tylko że to „może” jest bardzo wątpliwe. Do końca sezonu „The Terriers” rozegrają jeszcze mecze ze wszystkimi przedstawicielami czołowej szóstki. Reszta terminarza też wcale nie jest łatwiejsza. Everton czy West Ham United punktów rozdać raczej nie będą chcieli. To sprawia, że sytuacja Huddersfield Town przedstawia się w dość ciemnych barwach.













