Cosezonowy wyścig zbrojeń w angielskiej ekstraklasie stał się już niemal tradycją. Kluby z Premier League od lat wydają olbrzymie kwoty, pozyskując najczęściej graczy z innych czołowych lig europejskich. Takich, którzy od razu zapewnią odpowiednią jakość. Przed obecnym sezonem niektóre kluby wybrały jednak inną drogę, pozyskując zawodników z zaplecza angielskiej ekstraklasy. Po zaledwie ponad 1/3 sezonu wiadomo już, że było to świetne posunięcie.
Bogaci się bogacą. W Premier League jest to norma. Przy czym trzeba zauważyć, że mniej lub bardziej, ale zamożni w angielskiej ekstraklasie są wszyscy. Dlatego nawet zespoły z dołu tabeli stać na graczy z wysokiej półki. Takich, na których zdecydowana większość klubów z Włoch, Hiszpanii czy Francji raczej pozwolić sobie nie może. Przedstawiciele angielskiej ekstraklasy proponują zawodnikom bardzo atrakcyjne zarobki, które działają na wyobraźnię. Sowita pensja sprawia, że pogoda na Wyspach dla pobierającego wynagrodzenie codziennie jest słoneczna.
Nie grzebiąc daleko w przeszłości, najlepszym przykładem jest Max Meyer. Gracza nazywanego przez niektórych „niemieckim Messim” obserwowały zeszłego lata czołowe kluby Europy. Każdego odstraszały jednak wymagania finansowe zawodnika. Problemów z płaceniem 170 tysięcy funtów tygodniowo nie miało jednak Crystal Palace. Zespół, który w ostatnich pięciu sezonach nie zajął w Premier League miejsca wyższego niż dziesiąte. To pokazuje, jak bardzo pod względem finansów angielska ekstraklasa dystansuje konkurentów.

Oczywiście spuchnięte od pieniędzy sejfy klubów z angielskiej elity są pochodną lukratywnych kontaktów telewizyjnych. To właśnie dzięki sprzedaży praw do pokazywania Premier League tak bardzo tamtejsze kluby odskoczyły europejskiemu peletonowi. Efektem ubocznym finansowego eldorada jest wyścig zbrojeń. Angielskie kluby nie czekają na black friday, tylko kupują graczy z wysokiej półki, bo mają za co. Takich, którzy zagwarantują (a przynajmniej powinni) odpowiedni poziom sportowy. Kupują najczęściej od biedniejszych klubów z czołowych lig europejskich. Jakby w tym szaleństwie zapominając o zapleczu Premier League. Obecny sezon pokazuje, że na dolnej półce w sklepie też można znaleźć jakościowy produkt. Wystarczy się tylko schylić.
Zapomniana kopalnia talentów
Angielska Championship jest dla mnie najbardziej niedowartościowaną ligą w Europie. Teza odważna, jednak w moim odczuciu jak najbardziej słuszna. Nie chodzi nawet o lekceważące postrzeganie tych rozgrywek w naszym kraju. Zaplecza Premier League jakby nie doceniali sami Anglicy. Championship zespołom z krajowej elity służy głównie do ogrywania nastoletnich wychowanków czy pozostałych młodych graczy. Tak by nie zatrzymać ich rozwoju oraz by zasmakowali futbolu na poziomie seniorskim. Jeśli już któryś z klubów Premier League decydował się na zakup gracza z zaplecza, to najczęściej byli to beniaminkowie. Tak jakby drużynom z dłuższym stażem w angielskiej elicie nie wypadało patrzeć w dół w poszukiwaniu wzmocnień. Wiadomo, rozgłosu w takiej transakcji nie ma. Splendor też mniejszy. Kibice raczej bić się o koszulki nie będą, a sala konferencyjna dziennikarzami się nie wypełni. Tylko że w tym wszystkim po drodze zaginął aspekt sportowy.











