Poniedziałkowy mecz Wisły Kraków z Lechią Gdańsk wyglądał niczym spotkanie o trzecie miejsce w turnieju szkolnym rozgrywanym na topornym betonowym boisku – idealnie adekwatnym do poziomu starcia w Gdańsku, nadmieńmy. Człowiek po zjedzeniu dobrego świątecznego obiadu i obejrzeniu pasjonującej powtórki ćwierćfinału Pucharu Anglii pomiędzy Chelsea i Manchesterem United zasiada przed telewizorem, aby uraczyć się naszą rodzimą ekstraklasą. Co dostaje? Zamiast pięknej gry – młóckę, zamiast dryblingów – nieudolne kopanie się w czoło, następnie pojawiają się mdłości, a zjedzony obiad sukcesywnie z siłą huraganu cofa się z powrotem w górę, na świat. Obecna gra Wisły Kraków idealnie wpisuje się w degrengoladę cechującą naszą rodzimą piłkę.
Można przetrzeć oczy ze zdumienia. Oto bowiem Paweł Buzała, napastnik – delikatnie mówiąc – średniej klasy, mający ze 20 goli w ekstraklasie na całą karierę, jeździ po obrońcach Wisły niczym Messi po stoperach, dajmy na to, Betisu Sewilla (np. po Damienie Perquisie). Sytuacja, w której Buzała trzykrotnie zakręcił Jovanoviciem, była dla Serba tak żenująca, że obrońca „Białej Gwiazdy” od razu chwycił się za nogę i upadł niby z kontuzją, żeby nie było, że ktoś go tak perfidnie obtańcował. Buzała i Mateusz Machaj sieją spustoszenie w szeregach Wisły, a ta nieudolnie próbuje kreować akcje.

Cięcia, cięcia, cięcia. Wiadomo – Cupiał przez lata dokładał do pieca, ale chleba z tego nie było. Przynajmniej w skali międzynarodowej, w naszym lokalnym grajdołku Wisła stała bowiem się monopolistą, jeśli chodzi o smaczne piłkarskie bułeczki. Wszyscy pamiętamy Szymkowiaka, Kalu Uche, Żurawskiego i Frankowskiego – siali postrach i walczyli jak równy z równym przeciwko Lazio czy Schalke. Wiślacy zakrzywiali wtedy rzeczywistość, pokazując niedowiarkom, że polski piłkarz z ekstraklasy może być jednak dobry i nie ustępować potentatom z Zachodu. Wiślacy wypromowali się i szybko pouciekali do lepszych lig, do ziemi obiecanej.
Poziom naszej rodzimej ligi doskonale obrazuje kazus Kamila Kosowskiego. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo tego piłkarza cenię i lubię – zarówno za jego grę, jak i osobowość. W latach świetności był jak na polską skalę skrzydłowym unikalnym, a i takim pozytywnym kolorowym ptakiem, który dodatkowo nigdy nie bał się mówić tego, co myśli. Gdy szalał na lewej flance Wisły w pamiętnych meczach przeciwko Schalke, na jego punkcie zwariowali różnego rodzaju menedżerowie i skauci. Sam piłkarz jak najszybciej chciał się wyrwać do lepszego świata i ostatecznie chybcikiem wybrał Kaiserslautern, klub zdecydowanie za słaby jak na jego ówczesne możliwości.
Kariery „Kosa” nie zrobił tam wybitnej, ale nie o to teraz chodzi. Po latach, będąc już cieniem tego dawnego błyskotliwego skrzydłowego, na koniec znów zakotwiczył w Wiśle. W klubie, który gra adekwatnie do Kosowskiego – niegdyś był przebojowy i groźny, dzisiaj jest wolny i straszy niemocą w każdej sferze piłkarskiego życia. W myśl zasady biblijnej: siedem lat grubych, siedem lat chudych. Nie dziwią reakcje Cupiała – jeśli tak wybitne pokolenie jak to z „Żurawiem” i „Frankiem” nie sforsowało bram z napisem „Liga Mistrzów – Ziemia Obiecana”, trudno wymagać, aby zrobili to ich następcy, talentem i klasą piłkarską wyraźnie ustępujący swoim poprzednikom.













