Fot. Falcao zrobi wszystko, aby pomóc swojej drużynie w meczu z Malagą
Przedstawiamy następną odsłonę naszego cyklu podsumowującego zakończony sezon w Hiszpanii. Po raz kolejny nie było niespodzianki, hegemonia wielkiej dwójki nie została przerwana, ale bycie alternatywnym jest teraz w modzie, zatem pozostaje nam wybrać najlepszych graczy bez uwzględnienia zawodników Realu Madryt i Barcelony. W porównaniu z ubiegłym sezonem zaledwie jeden piłkarz zdołał się utrzymać na tej liście. Zapraszamy do lektury.
Juan Pablo (Sporting Gijon)
Może być zaskoczeniem, że w zestawieniu znalazł się bramkarz klubu, który spadł do Segunda Division. Może być szokiem, że w zestawieniu znalazł się bramkarz klubu, od którego tylko Rayo Vallecano straciło więcej bramek, a tenże golkiper wystąpił w 37 spotkaniach. W teorii zatem powinien jakąś winę za taki wynik ponosić. Nic z tych rzeczy. Były gracz Numancii, pomimo fatalnego wyniku całej drużyny, może być bardzo zadowolony z zakończonego sezonu. Gdyby nie jego interwencje i równa forma, którą trzymał przez cały sezon, Sporting Gijon prawdopodobnie skończyłby rozgrywki z trzycyfrowym wynikiem straconych goli. Wystarczy uważnie prześledzić rezultaty na przestrzeni całego sezonu, a już zwłaszcza obejrzeć mecze z udziałem tego bramkarza. Aż 11 razy Sporting przegrywał zaledwie jednym golem (w tym m.in. z Barceloną, w czym ogromna zasługa także Juana). Nasi stali czytelnicy z pewnością kilkukrotnie widzieli golkipera tej ekipy w jedenastkach kolejki, kiedy to praktycznie w pojedynkę zapewniał cenne remisy swojej drużynie, jak chociażby w spotkaniach z obydwoma klubami z Sewilli. Gdyby Sporting miał w kadrze choć dwóch, trzech ofensywnych graczy prezentujących przynajmniej podobny poziom co Juan Pablo, w cuglach wywalczyłby utrzymanie. Niestety, nie udało się. Teraz tylko wiek (34 lata) może przeszkodzić bramkarzowi w transferze do lepszego klubu. Banicja na drugoligowych boiskach byłaby dużo poniżej umiejętności tego golkipera.
Juanfran Torres (Atletico Madryt)
A Falcao jest Kolumbijczykiem i będzie mógł co najwyżej duchowo wspierać swojego kolegę z Atletico (fot. Football365.com)
Przypadek zawodnika Atletico Madryt zasługuje na specjalne wyróżnienie. Juanfran to piłkarz, o którym piłkarski świat tak naprawdę po raz pierwszy usłyszał w 2005 roku przy okazji mistrzostw świata U-20. Na tamten turniej Hiszpania pojechała tradycyjnie w roli jednego z faworytów, mając w składzie takich graczy jak Llorente, Silva, Fabregas czy Albiol. Juanfran grał wyśmienicie, zdobył nawet dwa gole w 1/8 finału, jednak wtedy niespodziewanie na przeszkodzie młodej „La Furia Roja” stanął inny zespół, równie mocno naszpikowany przyszłymi gwiazdami, a w szczególności jedną – najlepszym piłkarzem turnieju, Lionelem Messim. Argentyna odesłała Hiszpanów do domu, jedni zrobili później większe kariery, inni mniejsze, ale o Juanfranie słuch raczej zaginął. Wychowanek Realu Madryt grał w Espanyolu, Osasunie i w końcu trafił do Atletico, w którym wywalczył sobie pewne miejsce na prawym skrzydle. Pewnie grałby do tej pory na tej pozycji jako ligowy średniak przez kilka kolejnych sezonów, gdyby nie Diego Simeone. To właśnie „El Cholo” dostrzegł talent Juanfrana i cofnął go do obrony. Od tamtej pory minęło już kilka miesięcy, a Juanfran z miejsca stał się najlepszym prawym defensorem ligi, co dodatkowo potwierdził, wygrywając z Atletico Ligę Europy. Doskonała gra 25-latka nie umknęła uwadze Vicente del Bosque, który w końcu powołał zawodnika na dwa ostatnie sparingi – z Koreą Południową i Serbią. W tym drugim meczu Juanfran zadebiutował i rozegrał całe spotkanie. Uczynił to na tyle dobrze, że z jednym występem w kadrze pojedzie na Euro 2012, ale nikt nie ma wątpliwości, iż to właśnie on będzie jednym z filarów defensywy Hiszpanii podczas tego turnieju.
Brazylijczyk to bez wątpienia jeden w głównych architektów triumfu „Los Colchoneros” w Lidze Europy. Drugie życie w tego zawodnika, podobnie jak w przypadku Juanfrana, tchnęło przyjście Diego Simeone. Pod wodzą Gregorio Manzano grał on, tak samo zresztą jak cała drużyna, przeciętnie, żeby nie powiedzieć: całkowicie bezbarwnie. Na początku wielu uważało, że początkowe sukcesy „El Cholo” to efekt nowej miotły, że kiedyś ta motywacja i dodatkowa energia muszą się skończyć. Jednak kolejne miesiące i kolejne doskonałe występy praktycznie całego zespołu sprawiły, że nawet przeciwnicy Argentyńczyka zaczęli przychylniej patrzeć na jego metody szkoleniowe. Jednym z najlepszych przykładów na to był właśnie Joao, a kiedy ze składu Atletico na pewien czas wypadł Diego Godin, nikt tak naprawdę się tym nie przejął. Wszystko za sprawą Mirandy, który zaliczył udany może nie cały sezon, ale na pewno jego drugą część.
Javi Martinez (Athletic Bilbao)
Pierwszy i nie ostatni Bask w naszym zestawieniu. Kiedy zespół Athleticu przejął Marcelo Bielsa, wielu spodziewało się prawdziwej rewolucji w składzie – i słusznie. „El Loco” totalnie przemeblował cały skład, znajdując wielu graczom nowe pozycje (wystarczy spojrzeć na de Marcosa), i wiele wskazywało na to, że podobny los spotka także Javiego, który z defensywnego pomocnika miał zmienić się w stopera. Kolejne udane występy odciągały jednak Bielsę od testowania na Martinezie nowych ustawień – i wyszło to z korzyścią dla wszystkich. Później jednak, kiedy zaczął obniżać swój poziom, Bielsa w końcu przesunął go na środek defensywy i… zaczęło się tragicznie, oczy bolały od patrzenia na jego grę. Jak się jednak okazało, potrzebował on tylko ogrania i po kilku bolesnych lekcjach stał się jednym z najlepszych ligowców na tej pozycji. Na tyle dobrym, że na Euro dostał właśnie koszulkę z numerem cztery.
Jordi Alba (Valencia)
Młody gracz Valencii ma za sobą prawdopodobnie sezon życia. Nie, nie wygrywał w pojedynkę meczów dla „Nietoperzy”, ale jego ładna gra na lewej obronie sprawiła, że doczekał się nie tylko powołania do kadry (a Vicente del Bosque zamknął tym samym usta krytykom domagającym się odmłodzenia kadry), ale także biletu na Euro. Majstersztykiem w wykonaniu Alby było chociażby starcie na Estadio Mestalla z Barceloną, kiedy to do spółki z Mathieu całkowicie rozszarpali defensywę Katalończyków. Odkąd ten 23-latek założył w październiku po raz pierwszy koszulkę reprezentacji, zaczął grać lepiej w każdym kolejnym spotkaniu. Wielu spodziewało się, że nie udźwignie sporej presji, która na nim ciążyła, on jednak zachował się tak, jakby chciał wykrzyczeć wszystkim swoim krytykom: „Ja nie dam rady?!”. Wiele osób spodziewało się też, że jego największym atutem w kadrze będzie współpraca z Soldado, ale jak wszyscy wiedzą, „Żołnierz” nie znalazł uznania w oczach del Bosque i Alba będzie musiał dogrywać piłki do kogoś innego.
Isco Alarcon (Malaga)
Nie ulega wątpliwości, że przed tym sezonem Malaga zbroiła się na potęgę. Przybyli tacy gracze, jak: van Nistelrooy, Toulalan, Mathijsen, Joaquin, Cazorla, Buonanotte – zawodnicy światowego formatu. Holender miał na tyle fatalny sezon, że zdecydował się zakończyć karierę. Francuz, owszem, grał porywająco, ale tylko momentami. Mathijsena z części sezonu wykluczyła kontuzja. Joaquin, kolega Isco z Valencii, z powodu kontuzji stracił kluczowe momenty sezonu, a jego gra wyglądała zwyczajnie słabo. Cazorla wypada na tym tle najlepiej, ale to doświadczony lider i od niego po prostu trzeba wymagać jak najwięcej. Buonanotte był cieniem samego siebie z czasów gry w River Plate. A Isco? Przyszedł do Malagi za całkiem spore, jak na 19-latka, pieniądze – siedem milionów euro – miał być tak naprawdę uzupełnieniem transferu Joaquina. Mało kto spodziewał się jednak, że będzie tak ważną postacią w drużynie Pellegriniego. Wiadomo było, że w tym chłopaku drzemie ogromny talent, ale nikt chyba nie spodziewał się, że eksploduje on tak szybko. Nie będzie przesadą napisanie, że Isco poradziłby sobie teraz w każdym klubie na świecie. Ma zapewnione miejsce w „La Furia Roja”, ale musi jeszcze poczekać – najpierw czekają go igrzyska olimpijskie w Londynie. Później czeka go Liga Mistrzów, kolejne występy… W tym sezonie dwukrotnie wybieraliśmy go na gracza kolejki, łącznie znajdował uznanie w naszych oczach i dostawał miejsce w jedenastce kolejki aż siedem razy. Nie pozostaje nic innego, jak tylko trzymać kciuki za karierę tego zawodnika.
Michu Perez (Rayo Vallecano)
Przypadek niemal bliźniaczy jak Raula Garcii. Różnica między tymi graczami jest jednak taka, że piłkarz Osasuny mimo wszystko trafił na lepszych piłkarsko towarzyszy i walczył o europejskie puchary, natomiast lider Rayo Vallecano poprowadził swój zespół „tylko” do utrzymania w Primera Division. „Tylko”, ponieważ patrząc na sytuację klubu z przedmieść Madrytu, trzeba czuć podziw dla osiągnięcia Michu. Piłkarze Rayo grają wbrew wszelkiej logice – bez pieniędzy, bez nazwisk, za to z ogromną wolą walki i chęcią odpłacenia się kibicom za fantastyczne wsparcie, kiedy zespół walczył o awans do Primera Division. Rayo zrobiło prawdopodobnie interes roku, ściągając Michu za darmo z Celty Vigo, w której – owszem – grał przyzwoicie, ale na poziomie Segunda. Postęp, który zrobił ten zawodnik, jest kolosalny. Dwa gole z Realem Madryt, gole z Sevillą i Athletikiem, łącznie 15 bramek w sezonie, najwięcej oczywiście z całego zespołu, w sumie 28% trafień drużyny. Trzy zdobyte prawą nogą, osiem lewą, cztery głową. Do tego trzy asysty. Nie, nie mówimy tutaj o napastniku klubu walczącego o europejskie puchary, tylko o pomocniku beniaminka. Przez wiele kolejek wprawiał on w konsternację hiszpańskich kibiców, bo prowadził on w klasyfikacji Trofeo Zarra, dla najlepszego hiszpańskiego strzelca w rozgrywkach. Dopiero w samej końcówce sezonu honor napastników uratowali Soldado i Llorente, zdobywając dwie bramki więcej niż Michu. Przychodząc do Rayo, podpisał on zaledwie dwuletni kontrakt, zatem jeśli klub ma zamiar coś na nim zarobić, powinien już teraz rozejrzeć się za nowym pracodawcą dla swojego lidera. Na pewno trudno będzie kibicom pożegnać takiego gracza, ale nawet kilka milionów, które uda się uzyskać z transferu, może pozwolić Rayo na choćby pozory normalnego funkcjonowania. Tak czy inaczej, Michu to prawdziwy diament i ze względu na świetne warunki fizyczne z przyjemnością przygarnęłyby go nawet angielskie kluby. Jak to określił redakcyjny kolega: „dusza, serce i płuca Rayo”. Idąc dalej w takich określeniach, śmiało można dodać, że mózg także. Aż szkoda że nie gra, podobnie jak Raul Garcia, w lepszym klubie, wtedy być może dostałby szansę na debiut w reprezentacji, bo umiejętności już ma na międzynarodowym poziomie.
Raul Garcia (Osasuna Pampeluna)
Postawa zespołu z Królestwa Nawarry była chyba największą pozytywną niespodzianką minionego sezonu (największa negatywna to oczywiście forma i spadek Villarrealu). Przez wiele kolejek Osasuna plasowała się nawet na upragnionej szóstej lokacie, skutecznie odpierając ataki Atletico, Sevilli czy Malagi. Laicy patrzyli na miejsce Osasuny w ligowej tabeli i pukali się w czoło, jednak każdy, kto zobaczył choć jeden mecz Mendilibara, wiedział, jaki jest prawdziwy powód tak wysokiej lokaty. Tym powodem był Raul Garcia, niekwestionowany lider. Jako defensywny pomocnik zdobył aż 11 goli w tym sezonie, zostając najlepszym strzelcem w klubie. Gdyby tylko grał w lepszym zespole, z miejsca dostałby szansę w reprezentacji. Z jednej strony – wielka szkoda, że Raul wraca po roku wypożyczenia do Atletico (w którym na pewno także wywalczy sobie miejsce), oraz że nie udało mu wywalczyć dla Osasuny gry w europejskich pucharach. Z drugiej strony – bez niego Osasuna prawdopodobnie się posypie, w przyszłym sezonie znowu będzie tylko ligowym średniakiem, a Raulowi serce by pękało, gdyby widział tragiczną grę swojego byłego klubu, w którym zaczął tak naprawdę profesjonalną karierę. Swoją drogą to niezwykłe, jak zupełnie nowy gracz może stać się tak niezbędny dla drużyny, całkowicie odmienić jej wizerunek oraz z miejsca zyskać sobie szacunek w szatni, porównywalny tylko z Patxim Punalem. Do 11 goli (w tym jeden szczególnie ważny, dający wygraną 3:2 z Barceloną) dołożył siedem asyst, pozostaje zatem tylko wierzyć, że Diego Simeone także pozna się na jego talencie. Wątpliwe bowiem, aby Atletico wypuściło teraz takiego gracza, nawet jeśli nie ze względu na jego wartość dla zespołu, to po prostu… aby nie mieli go rywale.
Iker Muniain (Athletic Bilbao)
Jedyny gracz, który pojawił się ponownie w tym zestawieniu, ale jak mało kto zasłużył na wyróżnienie. Łącznie ten 21-latek rozegrał aż 55 meczów w tym sezonie (dla porównania – tyle samo co Ronaldo, Messi ma na swoim koncie tylko pięć więcej), jest prawdziwym tytanem pracy. Mimo słabych statystyk (zaledwie dziewięć goli we wszystkich rozgrywkach) nie ulega wątpliwości, że kibice na San Mames nie wyobrażają sobie wyjściowej jedenastki bez błyskotliwego i niezwykle szybkiego skrzydłowego. Jego bramki były niezwykle cenne, przede wszystkim te w europejskich pucharach. Najpierw dał wygraną ze Slovenem Bratysława, później zdobył obydwie bramki w dwumeczu z Lokomotiwem Moskwa, a na koniec potrafił też dobić Manchester United i Schalke w samych końcówkach. Właśnie taką postawą zyskał szacunek Marcelo Bielsy – to wojownik od pierwszej do ostatniej minuty, nieodpuszczający żadnej piłki, doskonale przygotowany fizycznie do każdego spotkania. Arcydziełem w jego wykonaniu był mecz z Barceloną na San Mames. Aż żal bierze, że nie udało mu się zakończyć tej długiej kampanii bez żadnego trofeum, za to z dwoma przegranymi finałami. Mamy nadzieję, że to uczyni go jeszcze mocniejszym (zwłaszcza psychicznie) piłkarzem, i na pocieszenie przyznajemy mu miejsce w iGolowej alternatywnej jedenastce.
Radamel Falcao (Atletico Madryt)
Przychodził do klubu jako ktoś, kto ma zastąpić legendę klubu, wielkiego Kuna Aguero. Nie był jednak postacią anonimową, kosztował bowiem aż 40 milionów euro oraz był dopiero co koronowanym triumfatorem i królem strzelców Ligi Europy, z niesamowitym wynikiem 17 trafień pobił rekord Juergena Klinsmanna w liczbie goli w jednym sezonie w europejskich rozgrywkach. Oczekiwania wobec niego było ogromne, jednak można śmiało powiedzieć, że mało kto spodziewał się po Falcao aż tyle. Przede wszystkim tego, że tak szybko i tak doskonale zaaklimatyzuje się w Madrycie. Odpalił znakomicie, zdobywając hattricka już w czwartej kolejce, czyli tak naprawdę swoim drugim meczu w Hiszpanii, ponieważ pierwszą kolejkę przełożono z powodu strajku, a na kolejną nie dotarł jeszcze jego certyfikat z Porto. Nie był to koniec jego popisów. Trafiał od (nominalnie) pierwszej do ostatniej kolejki (z kolejnym hattrickiem w zaległej pierwszej kolejce), łącznie notując 24 trafienia w lidze, co przełożyło się na trzecie miejsce w klasyfikacji Pichichi, za nieosiągalnymi Messim i Ronaldo. Jego postawa pozwoliła Atletico zająć wysokie piąte miejsce na koniec sezonu. Jakby tego było mało, Falcao z każdym kolejnym meczem rozkręcał się także w europejskich pucharach. W tym sezonie zdobył „tylko” 12 goli, jednak nawet taka liczba pozwoliła mu bez problemu sięgnąć po koronę króla strzelców tych rozgrywek. Kolumbijczyk tym samym stał się pierwszym w historii piłkarzem, który dwa razy z rzędu okazał się najlepszym strzelcem europejskich rozgrywek w dwóch różnych klubach. Podczas gdy większość graczy Atletico za czasów Gregorio Manzano grała dużo poniżej swoich możliwości, „El Tigre” nie przejmował się tym i czasami w pojedynkę rozstrzygał losy spotkań. Kiedy do klubu przyszedł Diego Simeone, Kolumbijczyk wrzucił już szósty bieg i rozszarpywał kolejne defensywy, a prawdziwą perłą w koronie był finał w Bukareszcie. Trzykrotnie został wybrany przez nas na gracza kolejki, kilkukrotnie przegrywał albo o włos… albo z kosmicznym duetem Messi – Ronaldo.
Jesus Navas (Sevilla)
To był dziwny rok dla Navasa. Niby na początku sezonu miał równą formę, ale jednak nie był to na tyle wysoki poziom, żeby Vicente del Bosque chciał w ogóle spojrzeć na wychowanka Sevilli. Mecz po meczu odbudowywał formę, aż w końcu cała runda rewanżowa była w jego wykonaniu doskonała. Dla Sevilli był to prawdziwy prezent od losu, ponieważ atak Andaluzyjczyków prezentował się tragicznie. Negredo zapomniał, jak się kopie piłkę, Manu del Moral nie spełnił pokładanych w nim nadziei jako następca Luisa Fabiano, zatem obowiązek ciągnięcia drużyny do przodu spadł tak naprawdę na barki Navasa, który biegał już z kapitańską opaską. A ten poczuł się z tym brzemieniem jak ryba w wodzie. Najpierw było fantastyczne starcie Betisem, które zwiastowało powrót do kapitalnej formy. Później doskonały mecz z Mallorcą, ale najlepsze miało dopiero przyjść w spotkaniu z Rayo Vallecano. Navas zanotował w nim cztery asysty, czyli coś, co udało się wcześniej tylko jednej osobie w ostatnich 13 sezonach Primera Division. Trzy lata temu był to Xavi upokarzający Real Madryt. Łącznie Andaluzyjczyk uzbierał w sezonie pięć goli i 12 asyst, co pozwoliło mu zaleźć się w kadrze „La Furia Roja” na Euro 2012. Na boiskach Polski i Ukrainy będzie biegał z numerem 22.
Akurat to zestawienie wydaje mi się trochę słabe
(w sensie rozplanowania) i mało przemyślane, ale to
tylko moje odczucia. Nie dało się tego rozegrać
trochę inaczej ? Alternatywna 11 bez piłkarzy z
Realu i Barcelony to bardzo ciekawy pomysł,
aczkolwiek niesamowicie trudny do zrealizowania. Juan
Pablo to świetny bramkarz, to wyjaśnijcie mi w czym
gorsi są np. Javi Varas, Guaita, Diego Lopez czy
odkrycie na pozycji bramkarza Andres ? Zestawienie
odkryć w kilku przypadkach powieliło się z
drużyną tak to nazwę „alternatywną”- Isco i
Michu. Moje kolejne pytanie w czym gorszym piłkarzem
od nich jest Benat ? To tez mediapunta, a w dodatku
był z wymienionej trójki najbliżej, chociaż
paradoksalnie bardzo daleko wyjazdu na Euro.
Braliście też pod uwagę kandydaturę Andera
Herrery ? Zgadzam się z @Jaro. Gdzie Adrian i Diego,
a i jeszcze świetny Ruben Castro ? Z Falcao nie
mają co konkurować, ale za Navasa dają radę. Tak
jak mówiłem inicjatywa bardzo fajna, ale te wybory
i uzasadnienia w moim odczuciu trochę naciągane. To
temat nad, którym dłuższa polemika i głębokie
przemyślenia są niezbędne. Sporo kontrowersji i
różnych opinii dostarcza ta 11, ale dobrze, że
się pojawiła. Mój wpis miał na celu pokazanie
tego, że zawodnicy, których wymieniłem też mogli
się w tym zestawieniu znaleźć i pewnie mało kto
miałby pretensje. Wachlarz możliwości w La Liga
jest po prostu olbrzymi. To też chciałem ukazać i
chyba mi się udało.