Wszystko ma swoje granice, jednak w przypadku szefostwa Crystal Palace pokłady cierpliwości od kilku tygodni wydawały się studnią bez dna. Alana Pardew można było przecież zwolnić już dawno. Mimo to w ciągu ostatnich tygodni wyrok odkładano z nadzieją na odwrót sytuacji w tabeli. Do czegoś takiego nie doszło, to Steve Parish, mówiąc pół żartem, pół serio, postanowił kibicom „The Eagles” sprawić prezent pod choinkę — zwolnił trenera.
Tak już zostało to zasygnalizowane na początku, Pardew od wielu tygodni igrał z ogniem, mniej więcej co kolejkę wysyłając kolejne sygnały o degrengoladzie panującej w szatni Palace. Nie chodzi tu co prawda o jakąś patologię, lecz kompletny bałagan zespołu na boisku. Każde kolejne spotkanie drużyny z Selhurst Park przypominało te same akordy okropnego bożonarodzeniowego utworu serwowanego przez stacje radiowe. Do bólu męczące, a jednocześnie ogromnie irytujące.
Zagubiony zespół
Pierwszy przykład z brzegu? Organizacja gry, a raczej jej totalny brak. Niemal od tygodni, oglądając skróty spotkań angielskiej Premier League, człowiek łapał się za głowę, próbując ogarnąć chaos panujący w poszczególnych formacjach zespołu, zwłaszcza defensywnych. Te zaś notorycznie powtarzały identyczne błędy. Weźmy pod lupę np. stałe fragmenty gry, w których cały zespół przypominał dzieci we mgle. Chociaż niemal tydzień w tydzień o konieczności poprawy tego elementu alarmowali wszyscy na Wyspach, Pardew nie udało się nawet w drobnej części skorygować zachowania piłkarzy przy dośrodkowaniach. Doszło już do takich oto absurdów, że zasiadając w sobotni wieczór przed programem „Match of The Day”, już wiedzieliśmy, czego można się spodziewać po analizie gry Palace autorstwa Alana Shearer’a czy Phila Neville’a. Jasne, chociaż sami, idąc zwyczajem Arsene’a Wengera, podchodzimy z dystansem do mądrych słów padających na antenie BBC, akurat w przypadku ekipy Pardew i tej kwestii trudno nie było przyznać racji telewizyjnym eskpertom.
Zresztą, niech przemówią liczby. Tylko w tym sezonie Palace straciło już 13 goli po stałych fragmentach, najwięcej w lidze. Oczywiście, z drugiej strony sami dzięki nim do siatki rywali trafiali 11-krotnie. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że problem istnieje. Widać go również w innej ciekawej statystyce.
Brak posłuchu
Symbolem taktycznej ignorancji Palace jest Christian Benteke. Kilka tygodni temu jego zespół rozegrał na Liberty Stadium szalone spotkanie ze Swansea, okraszone dziewięcioma golami, z których dwa piłkarze Alana Pardew stracili w doliczonym czasie gry. Przyczyna? A jakże – stałe fragmenty gry. Po tamtym spotkaniu wielu komentatorów zwróciło uwagę na wyjątkowo obojętne zachowanie belgijskiego napastnika aż przy trzech gola dla „Łabędzi”. Chociaż jego znikome zaangażowanie w obronę mogło wprawić w prawdziwą furię, szkoleniowiec Crystal Palace nie wyciągnął wobec piłkarza żadnych większych konsekwencji. Tym samym dał w pewnym sensie przyzwolenie na tego typu praktyki.











