Wieczysta Kraków ma w swoich szeregach kilku znanych zawodników. Jednym z nich jest Adrian Frańczak, który w rozmowie z naszym portalem mówi, że projekt, który zadziwia Polskę, to nie fanaberia właściciela. Plany są dalekosiężne. Podkreśla to, jakie nastawienie do treningów prezentują Sławomir Peszko oraz Radosław Majewski. Ponadto dodaje, że Franciszek Smuda nadal potrafi ostro reagować.
Wieczysta Kraków od ponad dwóch lat jest na ustach piłkarskiej Polski. Bogaty właściciel postanowił z mało znanego klubu stworzyć własny projekt, który dla wielu jest kontrowersyjny. Jednak trzeba otwarcie przyznać, że swoje prywatne środki każdy może wydawać w takim celu, jaki sobie wymarzy. Zgadza się z tym Adrian Frańczak, który gra w barwach krakowskiego zespołu. Piłkarz dodaje, że nie spodziewał się aż tak poważnego projektu. Zaznacza też, że tutaj każdy traktuje plany bardzo poważnie.
Leszek Urban (iGol.pl): Piłka nożna to było to, co chciał Pan robić od początku?
Adrian Frańczak (piłkarz Wieczystej Kraków): Zdecydowanie tak. Zawsze gdzieś tam lubiłem grać w piłkę. Mama powtarzała, że z tego chleba nie będzie. Zawsze kazała mi się uczyć, a ja robiłem jedno i drugie. Jednak to piłka była na pierwszym miejscu i udało się wejść na taki poziom, że tym zarabiałem na życie.
Każdy młody chłopak ma jakiegoś idola, którego podziwiał. Kto był takim w Pana przypadku?
W tamtych czasach to był Alessandro Del Piero! Pamiętam doskonale, bo miałem jego koszulkę.
To się dogadamy, bo u mnie to Filippo Inzaghi…
Ooo… „Pippo” Inzaghi! Trzymał tę linię spalonego (śmiech).
Największe plusy pobytu w KSZO Ostrowiec Świętokrzyski?
Tak naprawdę to tam się wszystko zaczęło. Pochodzę przecież z Ostrowca Świętokrzyskiego. Sam zacząłem trenować bardzo późno, bo było to dopiero w okolicach trzeciej klasy gimnazjum. Wcześniej trenowałem lekkoatletykę i może to ogólne przygotowanie do tej dyscypliny pomogło mi na początku piłkarskiej kariery. Nie da się jednak ukryć, że lekkoatletyka to było właśnie to, co chciałem robić. Gdzieś zawsze priorytet miała piłka nożna. Pierwszy trener zauważył mnie w jakichś meczach międzyszkolnych. Dostałem zaproszenie na treningi. Pamiętam takiego kolegę – notabene też nazywał się Frańczak, ale nie był rodziną – i to on zabrał mnie na pierwszy trening. Tak to się zaczęło.
Skończyło się jednak mało przyjemnym komunikatem, że kontrakt rozwiązano z winy klubu.
To znaczy może nie było aż tak nieprzyjemnie. Były takie czasy, że wokół klubu działo się coraz gorzej. Sam czułem, że muszę się piłkarsko rozwijać. Przez dłuższy czas był blokowany mój transfer, no i wyszło tak, że w końcu postawiłem na swoim, żeby trochę zmienić otoczenie. Chociaż od razu powiem, że ja nie lubię zmian i chciałem zostać w KSZO. W klubie próbowali zrobić wszystko, abym został. Przesunęli mnie później do drużyny rezerw, ale to było chwilowe. A jeszcze dzień przed zakończeniem kontraktu trener zapytał mnie, czy chcę grać w pierwszym zespole. Od razu odpowiedziałem, że tak. Jednak finalnie rozwiązałem kontrakt.











