Przed dwoma dniami ruszyły eliminacje do mistrzostw świata w strefie europejskiej. Znudzony przewidywalnością wyników wielkich zespołów, które grając tyłem do bramki przeciwnika, aplikują rywalowi kilka goli (Anglia, Holandia, Niemcy), czy bylejakością polskiej kadry (ciągłe afery i mnóstwo szkolnych błędów w grze) poszukiwałem czegoś innego, czegoś ciekawego, na czym warto zawiesić oko. Czegoś, z czego każdy podświadomie zdaje sobie sprawę, ale nie mówi o tym głośno. Pierwsze spotkania nie dały nam wielu odpowiedzi, ale moją uwagę zwrócił pewien szczegół. Ten szczegół to Belgia, której poczynania obserwuję (zapewne nie tylko ja) już od dłuższego czasu.
Belgowie ograli (2:0) w meczu wyjazdowym Walijczyków. Solidnych, ale nie byle jakich. Bale, Ramsey, Williams i kilku innych to wysokiej klasy piłkarze. Ktoś spyta: „I co z tego? Każdy czasem wygrywa. Nawet my”. Zgadzam się, ale „my” wygrywamy z San Marino albo co najwyżej remisujemy z kimś lepszym. Towarzysko. Udowodnię, że Belgom do bylejakości daleko, choć jeszcze kilka sezonów temu prawie nikt nie podzieliłby tego poglądu. Miesiąc temu rozegrali towarzyskie spotkanie z Holandią. Co by nie mówić, aktualnym wicemistrzem świata. Miał on posłużyć „Oranje” do wyleczenia kaca po Euro, ale chyba jeszcze go pogłębił, bo Belgowie wygrali ten pojedynek 4:2 i bynajmniej nie był to przypadkowy wybieg. Powiecie, że to tylko mecz towarzyski. Jasne. Szwajcarzy wygrali niedawno z Niemcami, ale to nie oznacza, że są od nich lepsi. Po prostu mieli lepszy dzień lub przeciwnik nie podszedł do tego spotkania z należytym szacunkiem dla rywala. Wcześniej, na mundialu w RPA, gdzie Szwajcarzy w swoim pierwszym grupowym meczu wylali kubeł zimnej wody na cieszącą się z tytułu jeszcze przed mistrzostwami Hiszpanię, też nikt nie zwrócił na to uwagi. Wróćmy jednak do tematu.

Jako osoba zajmująca się na co dzień ligą angielską zacząłem się zastanawiać, skąd ten wysyp Belgów? Przecież to dopiero 40. drużyna w rankingu FIFA. To żywy przykład, że rankingi nie grają. Zwróćcie jednak uwagę, jak szybko Belgia galopuje w górę tego zestawienia. Przejdźmy jednak dalej. Rok temu Chelsea kupiła z Anderlechtu, króla strzelców belgijskiej ekstraklasy, Romelu Lukaku za 20 mln funtów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że rosły napastnik miał wówczas 18 lat. Przed Lukaku do Anglii trafili m.in. Vincent Kompany, który został wybrany najlepszym graczem Premiership ubiegłego sezonu, czy Fellaini, który jest liderem bardzo dobrze prezentującego się w tym roku Evertonu. W tym sezonie na Goodison Park trafił także Kevin Mirallas, który w poprzednich rozgrywkach był królem strzelców greckiej ekstraklasy. Mało? Głównie dzięki dobrej postawie obrońcy Arsenalu – Thomasa Vermaelena – jego zespół w trzech kolejnych spotkaniach nie stracił bramki. W Tottenhamie przestano płakać po Ledleyu Kingu, bo z Ajaksu sprowadzono jego następcę – Jana Vertonghena, który w pierwszych meczach udowodnił swoją wartość. Jego klubowym kolegą został Moussa Dembele, który trafił na White Hart Lane za 15 mln funtów. Biorąc pod uwagę to, co potrafi ten kreatywny zawodnik, to niedużo. Jest jeszcze niezły Mignolet z Sunderlandu, który w reprezentacji jest tylko rezerwowym. O kimś zapomniałem? Nie. Nie zapomniałem. Celowo kończę na Hazardzie, bo to piłkarz fenomenalny, niemieszczący się w żadne ramy. Swoista wisienka na torcie. Dość powiedzieć, że młody Belg miał udział przy prawie wszystkich bramkach swojego zespołu w ligowych rozgrywkach. Wcześniej pozbierał wszystkie indywidualne nagrody w Ligue 1, a gdy zrobiło mu się za ciasno, postanowił rozwijać się w innym otoczeniu.













