Artur Goławski

Sevilla przegrywa z Barceloną i… zgłasza aspiracje do walki o mistrzostwo

Mimo porażki Sevilla pokazała się z bardzo dobrej strony.

06 listopada 2016

Sevilla po Unaiu Emerym miała wymagać zburzenia i zbudowania na nowo. Jorge Samapoli w tym sezonie udowadnia, że potrzebna była jedynie przebudowa. Sevilla zachwyca kibiców i ekspertów nie tylko w Hiszpanii, ale i na całym świecie. Sevilla rozgrywa kolejne bardzo dobre spotkanie i choć ostatecznie przegrywa, to chyba możemy śmiało stwierdzić, że zawodnicy z Andaluzji mają wszystko, by w tym sezonie włączyć się do walki o mistrzostwo.

Barcelona była podrażniona. Tak przynajmniej mogło się wydawać, przecież zespół Luisa Enrique nie przegrywa często. Tym bardziej nie przegrywa, dając się zdominować rywalowi. A właśnie tak to wyglądało w spotkaniu Ligi Mistrzów, które Barcelona przegrała z Manchesterem City aż 1:3. „Duma Katalonii” miała w Sewilli wyjść na boisko i walczyć do upadłego. Nie było innej możliwości. Tym bardziej że Real Madryt wygrał wcześniej swoje spotkanie. Ewentualna porażka oznaczałaby aż pięć punktów straty do odwiecznego rywala. Sevilla zawiesiła jednak poprzeczkę bardzo wysoko.

Spotkanie stało na bardzo wysokim poziomie. Gra toczyła się szybko. „Niedzielny” kibic La Liga z pewnością mógłby się zastanawiać, czy na pewno trafił na mecz o mistrzostwo Hiszpanii. Duża w tym zasługa drużyny gospodarzy. Podopieczni Jorge Sampaoliego pokazali futbol, z jakiego słynęła reprezentacja Chile prowadzona przez argentyńskiego szkoleniowca. Intensywność. Słowo przez Hiszpanów uwielbiane. Słowo, które najlepiej oddaje to, jak wyglądał dany mecz. Con intensidad albo sin intensidad. I wszystko jasne. Spotkanie w stolicy Andaluzji było tym z gatunku tych pierwszych. Do potęgi trzeciej.

Tym słowem najlepiej można opisać również grę samej Sevilli. Ten klub i intensywność to synonimy. I to już od czasów Unaia Emery’ego. To właśnie walecznością, szybkością i jeżdżeniem na tyłkach zachwycała ta drużyna w czasach obecnego szkoleniowca PSG. Sama intensywność nie wystarczyła jednak do włączenia się do walki o krajowe trofea. Z tejże intensywności Sampaoli uczynił fundamenty budowanej przez siebie drużyny. Dodał do tego jeszcze kilka składników. Składników, przez które Barcelona była dziś w niemałych opałach.

Szaleństwo. Kluczowy wyznacznik gry Sevilli na początku tego sezonu. Pamiętacie spotkanie z Espanyolem zakończone wynikiem 6:4? No właśnie. Gramy do przodu. Ma być ogień. I rzeczywiście był. Z tym że po chwili od tego ognia zapłonęła hiszpańska prasa, która zaczęła wylewać na głowę Argentyńczyka kubły zimnej wody. Lodu, lodu, lodu, panie Jorge, zdawały się krzyczeć dzienniki, a za nimi i kibice.  Livin’ la vida loca było fajne tylko przez chwilę. Sampaoli w końcu to zrozumiał. Wówczas przyszedł spokój. I balans.

Balans między tymże szaleństwem a odpowiedzialnością taktyczną. Sevilla zaczęła grać z głową. Chłodną głową, która jednak momentami potrafiła zapłonąć od wspomnianego wcześniej szaleństwa. Dbanie o ten balans Sampaoli powierzył dwóm zawodnikom – Stevenowi N’Zonziemu i Francowi Vazquezowi. To oni wraz z Samirem Nasrim przeżywają największy rozkwit pod skrzydłami byłego selekcjonera reprezentacji Chile. To od nich zależy w tej drużynie bardzo wiele. To oni mieli zastąpić Evera Banegę i Grzegorza Krychowiaka. I trzeba przyznać, że robią to doskonale. Co udowodnili również w starciu z Barceloną. To właśnie ten balans obok jeżdżenia „Sevillistas” na tyłkach sprawiał ogromne problemy Barcelonie. Szybkie przechodzenie z ataku do obrony i na odwrót.

Kolejnym aspektem, który był dziś w grze Sevilli doskonale widoczny, jest wysoki, agresywny pressing. „Duma Katalonii” miała ogromne problemy z wychodzeniem spod tego pressingu. Był taki okres w tym spotkaniu, że Messi i spółka mieli problem nie tylko z wyjściem z własnej połowy, ale również z pola karnego. Barcelona zaczęła sobie z nim radzić dopiero po przerwie, gdy poczuła nóż na gardle i znacząco przyspieszyła grę. Nie ma wątpliwości, że zawodnicy Sevilli z każdą minutą opadali z sił. Przecież nie da się „pressować” przez 90 minut. Zwłaszcza jeśli chcesz biegać nie tylko za piłką, ale również z nią.

A to kolejny znak rozpoznawczy Sevilli Sampaoliego i czynnik, który najbardziej wyróżnia ją od drużyny Emery’ego. W spotkaniach z Barceloną drużyna z Andaluzji często ograniczała się do agresywnej gry w obronie i oczekiwaniu na szybkie kontry. Dziś sytuacja wyglądała inaczej. Sevilla do intensywności, szaleństwa i balansu dołożyła chęć grania w piłkę. Jeśli nie oglądaliście, wystarczy rzut oka na statystyki, które są bardzo wyrównane i dawno aż tak wyrównane nie były. Podania: 366:423 na korzyść Barcelony, strzały 15:14 na korzyść Sevilli. Drużyna z Andaluzji była tylko nieznacznie gorsza jeśli chodzi o posiadanie piłki. Do tego aż 45 odbiorów zanotowanych przez podopiecznych Sampaoliego. Sevilla zagrała wyśmienite zawody. I wygrałaby je gdyby nie kolejny błysk tria MSN.

INTENSYWNOŚĆ

SZALEŃSTWO

BALANS

PRESSING

POSIADANIE

Sevilla ma wszystko, by w tym sezonie włączyć się do walki o mistrzostwo Hiszpanii. W tym sezonie przekonało się o tym już Atletico. I chociaż „Sevillistas” przeciwko Barcelonie polegli, to z pewnością nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. La Ligo, drżyj!

Zapisz

Komentarze:
Przeczytaj także: